(10) Ekstremiści

 

3 sierpnia 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 40, 26 sierpnia 2003 r.)

- Nie można lekceważyć takich spraw panie Julianie. Trzeba reagować, żeby nie dopuścić do eskalacji tego typu zachowań.

Mój klient zaperzał się, broniąc swojej pozycji.

- Częściowo się z panem zgadzam - odpowiedziałem. Trzeba być świadomym, że istnieją wśród nas ekstremiści, którzy malują katastroficzny wizerunek świata, rządzonego prawami innymi, niż te, w które oni wierzą. Podpierają się przy tym zręcznie manipulowaną informacją, która wprowadza w błąd mniej zorientowanych słuchaczy, czy czytelników. Krytyką takich ludzi jednak - moim zdaniem - niewiele się osiągnie, bo oni i tak nie słuchają krytyk.

- To prawda, ale duża część społeczności łatwo ulega takim manipulacjom i nie mając innych punktów odniesienia, zaczyna się poddawać demagogicznej argumentacji, by w końcu nawet popierać takie postawy. Jak będziemy milczeć, to oni będą coraz głośniejsi.

Klient zdenerwował się nie na żarty.

- Nie ma się czym denerwować. Proszę się nie ruszać - przywołałem go trochę do porządku.

- Przepraszam, ale taka demagogia mnie bardzo wyprowadza z równowagi.

Klient już prawie nie panował nad sobą.

- Proszę pana, jak pan nie przestanie gestykulować, to nie będę mógł skończyć fryzury. Proszę pomyśleć o czymś przyjemnym. Może o nadchodzących wakacjach.

Klient spojrzał na mnie ironicznie i odparł:

- Niech pan nawet nie zaczyna tego tematu. To będzie mój najgorszy urlop. Właśnie się rozwiodłem.

Nie miałem zamiaru wnikać w szczegóły. Najważniejsze, że klient siedział spokojnie i mogłem dokończyć strzyżenie. Zapłacił. Poszedł. Spojrzałem w kierunku poczekalni.

- Pan Adam! Witam i proszę na fotel. Strzyżenie?

- Tak.

Założyłem serwetę na ramiona klienta. Adam był liderem młodzieżowej grupy intelektualistów. Skrzyknęli się dwa lata temu, żeby przedyskutować sposoby udziału młodzieży w życiu Polonii w naszym mieście. Zaczęli nawet działać. Skontaktowali się z kilkoma organizacjami oferując pomoc w przygotowaniu różnego rodzaju imprez, ale jakoś im nie wychodziło. Nasze środowisko jest nieufne i nie bardzo rozumiało, co oni chcą. Niektóre organizacje poczuły się zagrożone nową formą działania młodzieży i ponoć odmówiły nie tylko współpracy, ale i ostro krytykowano ich za to, że nie potrafią działać w już istniejących strukturach. Odsunęli się więc, i działają niezależnie na mała skalę.

- Panie Adamie. Czy coś interesującego dzieje się w pana grupie?

Adam zastanowił się chwilę.

- Właściwie, to nic ciekawego. Spotkaliśmy się ostatnio żeby podyskutować na temat przynależności Polski do Unii Europejskiej.

- To młodzież interesuje się takimi sprawami - zdziwiłem się, bo naprawdę nie myślałem, że tego rodzaju sprawy mogą leżeć w kręgu zainteresowań młodzieży.

- A co pan myślał - zażartował Adam - młodzież to tylko na dyskoteki? Przecież to dla nas ten świat zmienia oblicze. My będziemy w nim żyć i dlatego śledzimy zmiany. Nie mamy dużego wpływu na to, co się dzieje, ale chcemy przynajmniej wiedzieć co się święci.

- Niestety światem rządzą dorośli - stwierdziłem obojętnie myśląc, że nie zawsze byłoby mądrze dopuszczać młodych ludzi do decydowania o swojej przyszłości.

- Wiem. Czasem jest to nam przypominane bardzo brutalnie. Nie mam nic przeciwko rządom dorosłych. Wiadomo, młodzież jest tylko młodzieżą. Martwi mnie jednak, że wśród przywódców politycznych i duchowych są ludzie, dla których tylko ich linia jest słuszna. Zwalczają oni inne poglądy sposobami, które odbiegają czasem bardzo daleko od zasad dobrego współżycia między ludźmi.

Zdumiała mnie trafność spostrzeżeń Adama. Brak respektu dla pluralizmu, partnerstwa i wielowymiarowości w stosunkach między ludźmi i narodami jest ciągle obecny w wystąpieniach niektórych osób wypowiadających się publicznie. Takie postawy prowadzą do głębokich podziałów. Z tego z kolei rodzą się konflikty, które w sprzyjających warunkach potrafią przekształcić się nawet w okrutne wojny. Pomyślne zjednoczenie świata, Europy, państwa, czy nawet grupy etnicznej pod jednym sztandarem politycznym, kulturalnym, czy religijnym jest utopią. Nigdy się jeszcze coś takiego nie powiodło i wątpię, żeby kiedykolwiek się udało. Odosobnione, na szczęście, nawoływania do prawnego sankcjonowania określonych linii politycznych i wyznaniowych konstytucjami, ustawami i statutami autonomicznych zbiorowości na szczęście rzadko się materializują. Pozostaje więc tylko ubolewać nad tym, że są wśród nas osobnicy odporni na lekcje historii powszechnej, którzy ciągle takie próby podejmują.

- Przepraszam. Czy długo tak jeszcze pan będzie stał? - Adam patrzył na mnie z troską.

Uśmiechnąłem się. Szczęknąłem kilka razy nożyczkami i wróciłem do strzyżenia.

- Wie pan - zwróciłem się do klienta - myślę, że gdyby młodzi mieli więcej do powiedzenia w kreowaniu, swojej w końcu, przyszłości, to świat byłby z pewnością lepszy.

Komentarze | Dodaj

(09) Wolność słowa

 

3 sierpnia 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 37, 3 czerwca 2003 r.)

Strzyżenie kolejnego klienta dobiegało końca, gdy drzwi zakładu otwarły się gwałtownie. 


- Witam panie Julianie - huknęło od progu.

Od razu poznałem - doktor Skoczylas.

- Dzień dobry - odparłem odwracając się - proszę siadać, już kończę. Kolońska? - zwróciłem się do klienta.

- Nie ma pośpiechu panie Julianie, nie ma pośpiechu - zagadnął doktor spoglądając ni to na mnie, ni to na mojego klienta i skierował się do poczekalni.

- Może być - zgodził się klient i dodał szeptem - pan go zna?

- Oczywiście. Kto by nie znał doktora Skoczylasa? - zniżyłem głos zasugerowany tajemnicą w głosie. Klient zrobił jakąś dziwną minę i już się nie odezwał. Jeszcze tylko zapłacił i wyszedł. Odprowadziłem go do drzwi i poprosiłem doktora Skoczylasa. Wstał jakby niechętnie i podszedł do fotela.

- Proszę usiąść wygodnie panie doktorze.

- Strzyżenie? - spytałem kładąc mu białą serwetę na ramionach.

Skinął głową.

- Dziś nie będzie farbowania - popatrzyłem na niego pytająco - siwizna jeszcze się nie pokazuje.

- Zgoda ... wie pan, panie Julianie, już nie jestem pewien, czy powinienem dalej się tak przed nią bronić. Może już czas pogodzić się z moim wiekiem i dać sobie spokój z udawaniem, że ciągle mam 30 lat. Moi studenci są zawsze młodzi, a ja czuję się tak, jakby czas tylko ze mną miał porachunki i uciekał mi jakoś szybciej.

- Czasu pan nie dogoni, nie ma mowy, za to on nas wszystkich dosięgnie panie doktorze. To jedyna na świecie pewna rzecz.

- Ciężko się z tym pogodzić.

Doktor Skoczylas pokręcił głową. Musiałem odsunąć na chwilę nożyczki, żeby nie skaleczyć klienta.

- Wydaje się, że tak niedawno człowiek był młody - świat należał do nas. Dziś coraz trudniej włączyć się w tworzenie współczesności. Młodość jest taka zaborcza, no i ta współczesność ... jest zupełnie inna, niż ta z naszej młodości. Świat idzie tak szybko do przodu.

Doktor Skoczylas był wyraźnie sfrustrowany. Fakt, że postęp wydaje się jakby coraz szybszy.

Technika, elektronika, nawet rozwój sztuki jest agresywny i lawinowy. Czasem trudno się w tym wszystkim znaleźć, ale on przecież powinien sobie z tym radzić. Taki światowy człowiek...

W naszym środowisku doktor jest przykładem do naśladowania, ale widocznie, jak każdy, ma swoje dobre i złe dni.

- Zna pan Grzegorza Głuszewskiego? - spytałem, żeby zmienić temat.

Doktor Skoczylas skrzywił się nieco.

- Właściwie, to nie znam - odpowiedział - spotkałem go raz na przyjęciu w Kurierze. Nie wiedziałem, że przychodzi do pana się strzyc.

- Wielu ludzi tu przychodzi. Wie pan, że zwolnili go ostatnio z pracy? Jest bardzo rozżalony. Był oddany gazecie, ale go nie chcieli.

- Wie pan dlaczego?

- On mówi, że to zawiść i jakieś rozgrywki polityczne.

- Czytam Kurier od lat i muszę szczerze przyznać, że jego artykuły mi się bardzo nie podobały. Mało, że człowiek nie potrafił pisać gramatycznie po polsku, to na dodatek jego artykuły były zawsze bardzo negatywne. Czasem w dość niewybredny sposób atakował imiennie osoby prywatne i polonijne organizacje. Poza swoją oczywiście - dodał zgryźliwie.

Widać musiał mu ten Głuszewski porządnie dopiec.

- Wie pan, słyszałem podobne opinie od innych klientów. Mówili, że manipulował informacją, oczerniał, naświetlał problemy z dość szczególnego punktu widzenia, dość poważnie odbiegającego od poglądów większości Polaków zamieszkałych w Kanadzie. Jeden z klientów mówił nawet, że się wstydzi za całą Polonię, że tego typu szkalujące teksty powstają w naszym mieście i rozchodzą się do innych środowisk polonijnych w Kanadzie.

- No właśnie. Świat dziś żyje wojną z terroryzmem, Polska, sprawami związanymi z przyjęciem naszej ojczyzny do Unii Europejskiej, a Kurier publikuje zaściankowe artykuły o problemach, których właściwie nie ma. Dobrze się stało, że został odsunięty.

Doktor poprawił się trochę w fotelu. Kończyłem już.

- Tak będzie dobrze? - spytałem przytrzymując lustro z tyłu głowy klienta.

- Dobrze panie Julianie. Bardzo dobrze.

- Jeszcze chwila i kończę - roztarłem w dłoniach kolońską - a wracając do Kuriera, podobno Głuszewski założył swoją gazetę. Widział ją pan?

- Nie, ale nie mam nic przeciwko temu, żeby miał swoje pismo. W końcu jest wolność słowa i każdy może pisać, co chce. Teraz jednak, jeżeli zachowa swój styl, będzie kompromitował tylko siebie.

Doktor Skoczylas wyglądał na nieco zmęczonego całą tą historią. Odświeżona fryzura trochę poprawiła mu humor. Wyszedł uśmiechnięty zostawiając mnie samego. Z myślami.

Wolność słowa. Wydaje mi się, że nie wszyscy dobrze rozumieją tę „wolność”. Polska konstytucja w jednym paragrafie zapewnia wolność wyrażania poglądów i rozpowszechniania informacji, ale zaraz w drugim postanawia, że każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nie może więc być mowy o tym, żeby wolność wyrażania poglądów przez jednych, ograniczała wolności, prawa, czy szargała dobre imię drugich. Prawna ochrona czci i dobrego imienia też jest prawem konstytucyjnym i rozgłaszanie nieprawdziwych, szkodzących komuś informacji może się zakończyć procesem o zniesławienie.

Konstytucja konstytucją, a tu trzeba zamykać zakład i iść do domu. Żona czeka. Moje konstytucyjne prawo do odpoczynku na kanapie przed telewizorem będzie pewnie poddane poważnej próbie. Konstytucja stanowi, że nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje ... spróbowałbym nie wyrzucić śmieci.

Komentarze | Dodaj

(08) Obywatel a naród

 

3 sierpnia 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 35, 14 kwietnia 2003 r.)

Dzisiejszy dzień stał pod znakiem spraw obywatelskich.

Najpierw strzygłem klienta, który miał kłopot z pojęciem koncepcji „obywatela” w rozumieniu twórców ustawy paszportowej, a później dyskutowano zawzięcie na temat narodowości. Wielkie sprawy, szczytne hasła, ale treść za tym jakaś nijaka.

Siedzę teraz w kawiarence na rogu. Zatrzymałem się na chwilę po zamknięciu zakładu, żeby odsapnąć po ciężkim dniu, wypić spokojnie kawę, zebrać myśli i spisać to wszystko, co się dziś działo, zanim szare komórki zajmą się sprawami domowymi.

Najpierw był ten biznesmen. Młody człowiek. Bardzo energiczny. Włosy strzygł krótko.

- Dla wygody - mówił - nie mam czasu zajmować się jeszcze czesaniem.

Zdenerwowany był, bo miał jakąś pilną sprawę w Polsce i powiedziano mu, że musi złożyć podanie o polski paszport. Człowiek nie mówił po polsku i nigdy w Polsce nie był. Jego ojciec był rodowitym Kanadyjczykiem, którego matka przyjechała z Polski będąc młodą dziewczyną i wyszła za Kanadyjczyka pochodzenia chińskiego.

- Dlatego, że moja babcia była Polką, to ja muszę mieć polski paszport? - dziwił się - przecież zawsze byłem, i ciągle jestem, obywatelem Kanady, a nie Polski. Skąd więc ten wymóg posiadania przeze mnie - Kanadyjczyka - dokumentu wydawanego Polakom w Polsce?

Nie potrafiłem mu na to odpowiedzieć. Zresztą nawet nie próbowałem. Sprawa paszportów wraca w moim zakładzie tak często, że nie mam już ochoty się tym zajmować. Ten „przypadek” był trochę inny, albowiem młody człowiek posiadał wyraźne cechy azjatyckie, co czyniło go niezwykle interesującym Polakiem - z punktu widzenia powierzchowności, oczywiście.

- Podać coś jeszcze - spytała kelnerka stawiając filiżankę z kawą na stoliku.

- Nie, dziękuję - odparłem.

Odwróciła się z uśmiechem, a ja wróciłem do kartki przede mną.

Twórcy ustawy o obywatelstwie polskim postanowili zgodnie i ujęli to zgrabnie w ustawowe paragrafy, że „dziecko rodziców, z których jedno jest obywatelem polskim, drugie zaś obywatelem innego państwa, nabywa przez urodzenie obywatelstwo polskie”. Dano także - a jakże - szczęśliwym rodzicom szansę uniknięcia kłopotów, które nadejdą za dwadzieścia kilka lat. Wystarczyło tylko „przed właściwym organem w ciągu trzech miesięcy od dnia urodzenia się dziecka”, zgodnie wybrać dla niego obywatelstwo. Proste? Ba, Gdyby oni wtedy byli tacy mądrzy.

No i w rezultacie biznesmen pewnie do Polski nie pojedzie. Mówił, że najprawdopodobniej umówi się z inwestorem polskim w Berlinie i tam załatwią sprawy. Tak więc ustawodawstwo polskie dość skutecznie załatwiło sprawę tego młodego człowieka, a ilu takich było przed nim? Ilu jeszcze będzie w przyszłości?

Kelnerka podeszła do stolika z dzbankiem kawy.

- Dolać? - spytała.

- Proszę - skinąłem głową. Odłożyłem długopis i podsunąłem filiżankę na krawędź stolika. Kelnerka napełniła ją po brzegi.

- Może jeszcze coś podać?

- Nie, dziękuję - odpowiedziałem z uśmiechem.

Zostawiła mnie więc i podeszła do następnego stolika. Podniosłem filiżankę i pociągnąłem długi łyk. Kawa była tu wyśmienita.

Podniosłem długopis i spojrzałem na papier. Co tam było dalej - usiłowałem sobie przypomnieć.

Aha - klienci w poczekalni słyszeli wywody młodego biznesmena, którego strzygłem, a że temat paszportowy jest dość lotny, więc długo nie trzeba było czekać, żeby został podjęty przez innych.

Dyskusja w poczekalni zboczyła z paszportów na kwestie obywatelstwa i narodowości, pojęć nierozerwalnie związanych z przyznawanymi ludziom dokumentami identyfikującymi ich przynależności państwowe.

- Przecież gdyby świat nie był podzielony granicami na państwa, to paszporty byłyby niepotrzebne - zauważył roztropnie młody blondyn - wszystko zaczęło się od tego, że ludzie podzielili ziemię na kraje. Może i kiedyś mieli jakieś powody, żeby to zrobić, ale dziś? Po co to?

- Czy pan chciałby, żeby nie było na świecie państw? - spytał z niedowierzaniem sąsiad blondyna.

- Nie sądzi pan, że to by rozwiązało sytuację z paszportami? - odpowiedział pytaniem na pytanie blondyn.

- Może paszporty tak, ale ile innych problemów trzeba by rozwiązać, żeby znieść na świecie granice. Panie, to niemożliwe! Zobacz pan ile krzyku jest przy tworzeniu Unii Europejskiej.

- Państwa są potrzebne, choćby po to, żeby zachować odrębności narodowe. Przecież każdy naród ma inną język i kulturę - wtrącił starszy mężczyzna siedzący trochę na uboczu.

- Ma pan słuszą rację - zgodził się rozmówca - nie po to Polacy się bili o Polskę, żeby teraz zniknąć w kotle europejskim.

- Przecież do zachowania odrębności narodowej, czy kulturowej, wcale nie potrzeba odrębnego państwa - nie zgodził się blondyn. - Polska przecież nie zawsze istniała jako państwo, a naród istniał. Niech pan spojrzy na Kanadę. Ile tu żyje narodowości pod jednym, wspólnym dachem. Czy taki kraj jak nasz nie mógłby być modelem dla świata?

- Ale my przecież mówimy o paszportach, nie? Paszport przecież stwierdza, że jestem Polakiem, nie? - sąsiad blondyna zaperzył się nieco.

Blondyn odsunął się i zripostował.

- Paszport stwierdza przynależność państwową, a nie narodową. Chińczyk mieszkający w Polsce, może otrzymać i obywatelstwo, i polski paszport, ale to wcale nie znaczy, że przestaje być Chińczykiem. Obywatelstwo może, ale wcale nie musi określać narodowości.

Sąsiad blondyna spojrzał rozpaczliwie w stronę starszego mężczyzny i wypalił:
- Ja uważam, że jestem Polakiem, więc powinienem mieć polski paszport - odparł i zwrócił się do mnie:

- Kiedy w końcu będzie moja kolejka?

- Już kończę - odparłem - jeszcze dwie minuty.

Blondyn przysunął się trochę bliżej do starszego mężczyzny i zaczęli cicho rozmawiać.

Taki był ten dzień.

Co to w końcu za różnica jakim dokumentem identyfikacyjnym posługuje się Człowiek? Czy nastąpią kiedyś takie czasy, że wystarczy mieć kartę obywatela planety Ziemia?

Komentarze | Dodaj

(07) Grypa

 

3 sierpnia 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 33, 25 lutego 2003 r.)

Poranek był boleśnie szary. Chmury wisiały ciężko nad miastem okrytym grubą warstwą śniegu. Temperatura już od dłuższego czasu utrzymywała się na poziomie dwudziestu stopni poniżej zera. Czułem się pod psem, albo jeszcze gorzej. Bolało mnie gardło, głowa ciążyła ołowiem i w plecach coś kłuło ... beznadzieja. Nie sądziłem, że będę w stanie zmusić się do wyjścia z domu, a już żeby otworzyć zakład? Forget it. Może George pomoże. Miałem znajomego, emerytowanego fryzjera, który zastępował mnie czasem, jak byłem niedysponowany. Może i tym razem zgodzi się pójść za mnie. Zwykle chce, żebym zadzwonił wieczorem, ale grypa ścięła mnie z nóg w ciągu kilku godzin nad ranem. Wczoraj wieczorem jeszcze czułem się nieźle. Na szczęście zgodził się i na kwadrans przed dziewiątą wpadł po klucze.

- Hi George, I am sorry about that - wykrztusiłem przez obrzmiałe gardło.
­­
- It’s OK. No problem at all. Just give me a key ... and don’t breath on me - dodał szybko z uśmiechem wyciągając dłoń.

Podałem mu klucz.

- Take care - zawołał, odwrócił się na pięcie i pobiegł z powrotem do samochodu.

Mimo zaawansowanej sześćdziesiątki, George był bardzo żwawym i zawsze gotowym, do pomocy mężczyzną. Coś szczególnego w tym człowieku było. Coś, co wprowadzało w dobry nastrój otaczających go ludzi. Poznałem go przypadkiem, gdy szukałem narzędzi fryzjerskich. Zaopatrywaliśmy się u tego samego dostawcy. Od tego czasu spotykaliśmy się regularnie. Raz u nas, raz u niego. Mieszkał samotnie i miał podobne zainteresowania do moich. Grał w szachy i lubił ludzi.

W domu było cicho, jak makiem zasiał. Żona i dzieci już wyszły; żona do pracy, dzieci do szkoły. Zostały po nich rozgrzebane łóżka i nieład na stole w kuchni. Tyle razy mówiłem, żeby chować masło do lodówki, bo jełczeje, ale gdzie tam. Kto by pamiętał o takich nieistotnych drobiazgach. Zawsze przecież można stare wyrzucić i kupić nowe, nie? - mówił syn twierdząc, że się za dużo czepiam.

- Czepiam się, czepiam ... - zamamrotałem pod nosem. Jakbym się nie czepiał, to nie byłby dziś tym, kim jest. Młodzież. Ledwo to od podłogi odrośnie, a już wszystko wie najlepiej.

W przydeptanych pantoflach i w szlafroku stałem w kuchni zastanawiając się, czy posprzątać, czy iść do łóżka.

Po krótkim i niezbyt intensywnym zmaganiu się z samym sobą, łóżko zwyciężyło, ale zanim wylądowałem pod kołdrą, nastawiłem wodę na herbatę. Musiałem wziąć Tylenol, bez którego przecież, ani rusz - panaceum na wszelkie boleści cielesne. W międzyczasie wkładałem brudne naczynia do zlewu, gdy zadzwonił telefon.

- Czy mogłabym rozmawiać z głównym lokatorem - spytała przymilnie jakaś panienka.
­
- Słucham uprzejmie - odpowiedziałem równie miłym głosem - czym mogę służyć?

- Mam na imię Mary i dzwonię ze Stowarzyszenia Cukrzyków. Zbieramy używane rzeczy. Ma pan coś do wyrzucenia? Coś, co ktoś inny mógłby jeszcze wykorzystać?

Zastanowiłem się chwilę ... co ja mam właściwie wspólnego ze Stowarzyszeniem Cukrzyków?

- A skąd macie numer mojego telefonu? - spytałem zdziwiony.

- Z książki telefonicznej - odpowiedziała beztrosko panienka.

- Jak to? Przecież mojego telefonu nie ma w książce - odparłem.

- No, to może skądinąd - odparła nie zbita z pantałyku Mary.

- No to jak, ma pan jakieś używane rzeczy?

- Zaraz, zaraz - próbowałem zatrzymać potok słów - proszę mi najpierw odpowiedzieć na moje pytanie.

- Tak naprawdę, to nie wiem - zwolniła trochę Mary - dostałam listę telefonów od prezesa, ale skąd on ją miał, to nie wiem.

- To poproszę do telefonu prezesa.

- Jego tu nie ma, ale mogę panu dać do niego numer.

Zapisałem podany mi numer i imię i spytałem:

- W jakim celu zbieracie używane rzeczy?

- A do czego jest panu potrzebna ta informacja? - odpowiedziała pytaniem.

- Chciałbym po prostu wiedzieć, czy moje rzeczy trafią do najbardziej potrzebujących.

- Sprzedajemy je do Vanitas Vanitatum, a za uzyskane pieniądze zasilamy kasę pomocy socjalnej dla cukrzyków.

- Za ile sprzedajecie? - spytałem

- Dostajemy od nich osiemdziesiąt centów za kilogram - odparła Mary, a mną zatrzęsło z oburzenia. Vanitas Vanitatum jest siecią amerykańskich sklepów handlujących używanymi rzeczami w Stanach i w Kanadzie. Towar dostają darmo, lub półdarmo i sprzedają go po tak wygórowanych cenach, że flaki mi się przewracają, gdy pomyślę sobie, że przecież to wszystko mogłoby służyć biednym ludziom znacznie lepiej bez pośrednictwa Vanitas Vanitatum. Żeby jeszcze dochód ze sprzedaży zostawał w Kanadzie, ale gdzie tam! Wszystko idzie do Stanów. Bogacą się tak szybko, że w tej chwili wszystkie ich sklepy są wyposażone w kamery podpatrujące, czy czasem jaki biedny nie ukradnie używanych majtek sprzedawanych po $2,50. Sprytnie pomyślane. Wolny rynek, więc można.

- Czy pani zdaje sobie sprawę za ile Vanitas Vanitatum sprzedaje kupione od was rzeczy i ile na tym zarabia?

- Nie - zawahała się Mary.

- Za moją starą marynarkę dostaniecie od nich półtora dolara, a zostanie ona później sprzedana za dwadzieścia dolarów. Zbieracie dla nich rzeczy, a oni na tym robią kokosy ... i żeby chociaż te dobra trafiały do najbardziej potrzebujących ...

W słuchawce zaległa cisza.

- Proszę więcej do mnie nie dzwonić i usunąć mój numer z listy. Jak będę miał coś do oddania, to zadzwonię do Armii Zbawienia.

- Dobrze - odpowiedziała Mary - have a nice day - dodała jeszcze służbowo i się rozłączyła.

Spóźnione thank you nie miało już żadnego sensu. Przecież moje używane rzeczy były bez znaczenia dla Stowarzyszenia Cukrzyków. Mieli oni setki innych mieszkańców miasta, którym los ich zużytego dobytku był obojętny, a że trafiał on w ręce bezwzględnych handlarzy starzyzną, zamiast do naprawdę potrzebujących pomocy ludzi, to jest już całkiem inna historia.

Herbata z cytryną i z miodem trochę poprawiła mi humor, ale gardło bolało dalej. W końcu dotarłem do sypialni i tak, jak stałem, w szlafroku, wczołgałem się do łóżka i przykryłem kołdrą na głowę.

Komentarze | Dodaj

(06) W jedności siła

 

3 sierpnia 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 32, 28 stycznia 2003 r.)

- Co pan powiesz? Panie Romanie! Nie do wiary!

- Naprawdę! Ci, co są przeciwko, głośno krzyczą, ale to wcale nie znaczy, że wygrają. Mówię panu, będzie tak, że wszystko skończy się po myśli profesora Morawskiego.

- O, tego jeszcze nie wiadomo - żachnął się rozmówca pana Romana - wszystko zależy od referendum. Argumenty za pozostaniem niepodległym państwem, są dużo mocniejsze, niż te, pańskie, i mogą one przekonać najzagorzalszych fanatyków biurokracji europejskiej.

- Racje, o których pan mówi, trafiają tylko do niewielkiej grupy ludzi. Niech pan sobie poczyta, co piszą w internetowym serwisie PAP-u - odciął się pan Roman i oparł wygodniej w fotelu. Widać było, że nie ma chęci na kontynuowanie dyskusji. Jego rozmówca jednak się nie poddawał.

- Mnie tam żaden PAP nie zawróci w głowie. Ja też czytam wiadomości z internetu. I radia słucham. I wiem co się dzieje. Są stacje, które podają całą prawdę. Obce kapitały wykupują polskie firmy i robią tak, że one plajtują, a potem budują swoje fabryki. Panie, czy pan nie widzi co się dzieje? W Polsce coraz większa bieda. Mówili, że będzie lepiej, a jest coraz gorzej. Jak unia przyjdzie, to rozpadać się będą rodziny, gminy, parafie, a rolnictwo przejdzie w ręce obcokrajowców - Holendrów, Francuzów, Belgów, Szwedów i innych. Polacy zepchnięci zostaną do roli najemników. Mówię panu. Ta unia to nic dobrego.

Pan Roman spojrzał przeciągle na swojego rozmówcę i wycedził przez zęby:

- Co pan gada, przecież to wierutna bzdura, skąd pan to wie?

- Skąd wiem, to wiem - odparł mężczyzna i sięgnął po gazetę.

Pan Roman wzruszył ramionami i też wziął coś do czytania ze stolika w poczekalni. Zapadła cisza przerywana tylko szczękaniem nożyczek dookoła głowy klienta, któremu strzygłem włosy. Miałem jeszcze tych dwóch klientów w poczekalni. Czekając na swoją kolej dyskutowali zawzięcie na temat wad i zalet zjednoczenia Polski z Europą. Emocje ich ponosiły, więc nietrudno było biernie uczestniczyć w wymianie poglądów. W czerwcu ma być referendum na ten temat i wtedy okaże się czy Polska zostanie sama na politycznej mapie świata, czy włączy się w istniejącą strukturę państw zachodniej Europy. Dokończyłem fryzurę klienta, sprzątnąłem szybko włosy z fotela i skinąłem na pana Romana. Wstał i podszedł do mnie energicznie.

- Strzyżenia poproszę - powiedział. Usiadł i cicho spytał:

- Czego ci ludzie słuchają, że mają takie poglądy, jak ten, tam - wskazał głową w kierunku poczekalni.

- Czy ja wiem? - podjąłem temat kładąc serwetkę na ramionach klienta - pewnie jacyś nacjonaliści ... mało to się namnożyło tych frakcji po 1990 roku?

- No, może nie od razu nacjonaliści ... ale, na przykład Unia Amerykańskich Organizacji Polskich jest przeciwna przystąpieniu Polski do UE, a z ostatnich informacji prasowych wynika, że inteligencja amerykańska polskiego pochodzenia jest z kolei „za”. No i w jakim to świetle stawia amerykańskich Polaków? Czy w takich okolicznościach można uważać, że UAOP mówi w imieniu całej Polonii amerykańskiej? 

- Przypuszczam, że to jest tak, jak w wielu polonijnych organizacjach - zarząd sobie i członkowie sobie - stwierdziłem. 

- Gdyby zrobić wewnątrzorganizacyjne referendum przed zredagowaniem oficjalnego stanowiska organizacji wobec jakiegoś problemu, mogłoby się okazać, że stanowisko zarządu, czy prezesa organizacji, nie ma wcale jednoznacznego poparcia członków.

- Ma pan właściwie rację. Z mojego doświadczenia też wynika, że my sami ze sobą nie potrafimy się dogadać. Kiedy to się skończy. Panie! Byłem ostatnio z żoną na koncercie Makowicza. Zna pan? Taki pianista. Jazzowy. Z Nowego Jorku. Przyjechał, dał dwa koncerty i pojechał.

Pokiwałem głową. Słyszałem o tym od klienta. Podobno popisy nie były najlepsze.

- Koncerty były w żydowskim centrum kulturalnym - kontynuował pan Roman. - Przyszliśmy wcześniej, bo to pierwszy raz i nie wiedziałem jak tam parkować ... panie, jaki to piękny kompleks: pływalnie, sale gimnastyczne, bieżnie do joggingu, sale teatralne, szkoła, wystawy sztuki i całe mnóstwo innych funkcji. Chodziliśmy po korytarzach jak zaczarowani. Że też inni mogą mieć takie budowle, a my nie. Czy Polacy są biedniejsi? - zastanowił się chwilę.

Milczałem. No, bo co mu na to odpowiedzieć. Może tak, może nie. W końcu nie trzeba być aż takim bogatym, żeby mieć swoje centrum kulturalne. Można przecież dostać dofinansowanie od rządu. Można też zorganizować zbiórkę pieniędzy, ale do tego trzeba wierzyć w cel, do którego się dąży. Taką wiarą można przekonać, a nawet zarazić innych.

- Polacy nie są gorsi niż inni - zacząłem neutralnie - ilu mamy wybitnych twórców, artystów, indywidualności. W każdej dziedzinie. Mamy tylko malutki problem z porozumieniem się na jakiś wspólny temat. Czy to źle? - spytałem retorycznie - może i tak - kontynuowałem - może to okoliczności, w jakich wzrastały pokolenia Polaków, kształtowały ich w taki właśnie sposób.

Próbowałem jakoś usprawiedliwić rodaków. Są okoliczności, na które nikt nie ma wpływu, ale i są takie, które można zmieniać. Trzeba tylko chcieć. Dla chcącego, nie ma nic trudnego - mawiała moja mama, jak tłumaczyłem jej, że coś jest dla mnie za trudne. Brnąłem więc dalej i jak na razie całkiem nieźle mi się powodzi. Mam to, co chciałem. Dobry zakład, pracę, klientelę, dom i spokojną przyszłość. Ktoś powie, że to mało. Mnie wystarczy. A wielkie sprawy? Przyjdzie czas, to się rozwiążą. Same. Razem ze świadomością, że w porównaniu z innymi, polska nacja jest równie dobra, jak i równie zła, przyjdzie z pewnością umiejętność wpasowania się w społeczność nie tylko europejską, ale i światową. Może zresztą ona już tu jest, tylko jeszcze nie wszyscy ją widzą. Referendum pokaże.

Komentarze | Dodaj

(05) Wypadek

 

3 sierpnia 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 31, 24 grudnia 2002 r.)

Dopijałem właśnie kawę po lunchu. Klientów nie było, więc nie musiałem się nigdzie śpieszyć. Usiadłem wygodniej, wyciągnąłem nogi na sąsiednim krześle i spojrzałem w okno. Przechodniów nie było wielu, a ci którzy musieli w jakimś celu wyjść z zacisznych domów, zasłaniali się, czym się dało, przed ostrym wiatrem.

Zima tego roku przyszła wcześniej, niż zwykle. Już w listopadzie temperatura spadła do minus dwudziestu stopni. W zeszłym tygodniu, na kilka godzin podniosła się powyżej zera, ale chyba tylko po to, żeby utrudnić wszystkim życie. Ulice pokryły się bowiem warstwą lodu powstałego z topniejącego śniegu i zaraz potem temperatura spadła jeszcze niżej. Jezdnie są czyste - służby miejskie sypią sól, ale chodniki zostaną już oblodzone do końca zimy. Mimo warstwy piasku przykrywającego lód, trzeba chodzić ostrożnie, żeby nie wylądować w szpitalu ze złamaną nogą. A chodzenia będzie coraz więcej. Zbliżają się święta i trzeba przecież pokupować prezenty. Choinkę już mamy ubraną. Stoi w poczekalni dla klientów. W oknie zawiesiliśmy lampki, na stole postawiłem bukiet z gałązek świerka, dwie bombki i czerwoną świecę. Cała ulica jest też ozdobiona światełkami. Słychać nawet kolędy i robi się całkiem świątecznie. Gdyby tylko nie ta pogoda.

Planowałem właśnie co kupić żonie i dzieciom pod choinkę, gdy za oknem huknęło porządnie, posypało się szkło i ktoś zaczął przeraźliwie krzyczeć. Zerwałem się z krzesła i wybiegłem na ulicę. Wypadek! Na skrzyżowaniu stał samochód dosłownie owinięty wkoło latarni. Szyb w oknach nie było, a spod pogruchotanej maski wydobywał się z sykiem biały dym. Na krawężniku stała starsza kobieta lamentując przeraźliwie. Kilka osób biegło z różnych kierunków w stronę rozbitego samochodu. Zawróciłem na pięcie, wbiegłem z powrotem do zakładu i wykręciłem 911.

- Wypadek! - krzyknąłem do słuchawki. Podałem swoje dane, adres i krótki opis wydarzenia i wróciłem na ulicę. Niewielki tłumek zebrał się dookoła pogruchotanego samochodu. Na kupie brudnego śniegu siedział młody mężczyzna. Zakrwawionymi rękoma podpierał głowę. Z rozbitego czoła płynęła krew. W oddali słychać było syreny ambulansów. Ktoś zaproponował, żeby wyciągnąć drugą osobę z samochodu.

- Już próbowaliśmy - odparł zaaferowany młodzieniec. - Drzwi się zaklinowały. Zresztą ona chyba i tak nie żyje. Wygląda bardzo źle. Wszędzie pełno krwi.

Zza rogu wyjechał na sygnale policyjny Chevrolet. Stanął w poprzek ulicy blokując sobą ruch, wyłączył syrenę, ale światła na dachu migały rozpaczliwie. Zaraz potem z drugiej strony podjechał wóz strażacki. Trzech strażaków wyskoczyło z samochodu, podbiegli do wraku i zaczęli mocować się z zaklinowanymi drzwiami. Jeden z nich wrócił po łomy. Teraz poszło szybciej. Karetka pogotowia też już była na miejscu. Sanitariusze opatrywali głowę kierowcy rozbitego samochodu. Strażacy w międzyczasie wyciągnęli dziewczynę i troskliwie układali ją na noszach. Żyła jeszcze jak zakładali jej gruby biały kołnierz na szyję. Dwa następne policyjne samochody zaparkowały niedaleko nie wyłączając świateł na dachu. Sanitariusze wsunęli nosze do ambulansu, pomogli chłopakowi wejść do środka i na syrenie odjechali do szpitala. Strażacy rozmawiali jeszcze z policjantami i za chwilę też wsiedli do wozu i zniknęli za rogiem. Policjanci zostali. Jeden z nich wypytywał o coś gapiów, których gwałtownie zaczynało ubywać. Dwóch innych robiło inwentaryzację miejsca wypadku. Jeden mierzył, drugi zapisywał dane w notesie chuchając często w dłonie. Dreszcz przeszedł mnie do szpiku. Dopiero teraz zauważyłem, że jestem bez kurtki. Zawróciłem natychmiast i puściłem się pędem z powrotem do zakładu. W progu czekał na mnie klient.

- Brrr ... ale mróz. Widział pan wypadek? - spytałem szczękając zębami.

- Nie, dopiero co przyszedłem. Sądząc ze stanu samochodu, kraksa musiała być bardzo poważna. Mam nadzieję, że nikt nie zginął.

- Ja też mam taką nadzieję ... proszę do środka.

Przepuściłem gościa przed sobą i zamknąłem szybko drzwi.

- Kierowca przeżył - kontynuowałem myśl - ale pasażerka ... nie wiadomo. Jak ją zabierali, to była nieprzytomna. Taka tragedia tuż przed świętami. Straszne.

Pomyślałem o swoich dzieciach i żonie. Nie bardzo potrafiłem sobie wyobrazić święta w rodzinie tych ludzi z wypadku. Żeby tylko przeżyła.

Klient zdjął płaszcz i usiadł w fotelu. Położyłem mu serwetkę na ramionach i chwyciłem za nożyczki.

- Strzyżenie? - spytałem.

Kiwnął głową i przymknął oczy. Zacząłem cięcie. Myślami ciągle byłem tam, na ulicy. Ci młodzi ludzie - może jechali z zakupów świątecznych, może w odwiedziny. Ciekawe, czy mają dzieci. Biedni rodzice. Życie jest takie kruche. Wszystko może się zmienić w ciągu sekundy. Oby się tylko wszystko dobrze skończyło.

- Czytał pan ostatni Kurier? - zaczął klient - komuś nie spodobała się ostatnia rewia mody. Jakiś reporter, który podpisał się JK, uważa, że zimowa kolekcja Kartana była bardzo nieudana i wini za to organizatorów rewii ... że niby nie powinni dopuścić do publicznego pokazywania takich - jak to nazwał - „łachmanów”.

- Właśnie dlatego nie lubię Kuriera - odpowiedziałem wyrwany z rozmyślań.

- Ludzie skaczą sobie do oczu z byle powodu i po co? Rozumiem konstruktywną krytykę, z której coś pozytywnego może wyniknąć, a tak, to tylko psuje się stosunki między ludźmi i zamiast być lepiej, to jest gorzej.

Klient pokiwał głową i jakby się trochę ze mną zgadzał.

- Racja - stwierdził - na modzie trzeba się trochę znać, żeby pisać takie krytyki - podsumował i zamilkł, a ja pomyślałem sobie o tych wszystkich gryzipiórkach, którzy piszą krytyczne artykuły na tematy, o których mają czasem tylko bardzo ogólne pojęcie, wywołując tym więcej szkody niż pożytku. Niby jest wolność słowa i każdy może wypowiedzieć swoje zdanie, ale przecież można to robić w sposób kulturalny, a nie zaraz „łachmany”.

Wyrazisty obraz zakrwawionej dziewczyny leżącej bezwładnie w rozbitym samochodzie ciągle przesłaniał mi myśli. Jakby taki „krytykant” zginął nagle, to co by po nim zostało w pamięci ludzi? Przecież w ostatecznym rozrachunku liczy się tylko to, jaką opinię o naszych postępkach zachowają ci, co zostają.

Z przerażeniem pomyślałem sobie, że przecież nie pamiętam, kiedy ostatni raz powiedziałem żonie, że ładnie wygląda, a dzieciom, że są fajne i że je kocham.

Spojrzałem na zegar. Do zamknięcia zakładu zostało półtorej godziny. Miałem szczerą nadzieję, że jeszcze tyle pożyję.

Komentarze | Dodaj

(04) Proza życia

 

3 sierpnia 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 30, 19 listopada 2002 r.)

Właśnie kończyłem strzyżenie, kiedy zadzwonił telefon. Odłożyłem nożyczki, przeprosiłem klienta na krótką chwilę i podniosłem słuchawkę.

- Zakład fryzjerski „Julian”. Słucham.

- Dzień dobry. Mówi Radzimierz Skoczylas. Z panem Julianem poproszę.

- To ja panie doktorze. Czym mogę służyć?

- O ... nie poznałem. Chciałbym wpaść koło czwartej. Mam nadzieję, że nie będzie o tej porze zbyt dużej kolejki?

- Niech się pan nie przejmuje. Ruch zaczyna się dopiero koło szóstej. Będzie szybko. Fryzura z farbowaniem i modelowanie? - spytałem przypuszczając, że przyjdzie jak zwykle pozbyć się śladów siwizny.

- Tak, panie Julianie.

Spojrzałem na zegar. Dochodziła druga.

- Do zobaczenia więc ... za dwie godziny ... tak ... do widzenia.

Odłożyłem słuchawkę.

- Przepraszam za tę rozmowę - powiedziałem wracając do klienta siedzącego w fotelu.

- Nie ma problemu. Ja też przyjmuję pacjentów na telefon. Biznes is biznes, a wracając do naszej rozmowy, to ma pan świętą rację. W zasadzie każdy powinien sobie radzić sam. Liczyć w życiu na kogoś innego to dość ryzykowna postawa, szczególnie w takich czasach, jak dziś.

Mój rozmówca był dość znanym w środowisku psychologiem. Pomagał ludziom w najcięższych sytuacjach. Rozmawialiśmy właśnie na temat, jak ludzie sobie pomagają w różnych okolicznościach życiowych. Doszliśmy do wspólnego wniosku, że im ciężej się ludziom żyje, tym trudniej im się porozumieć. Zamykają się wtedy w sobie i najlepiej się czują w towarzystwie najbliższych, ale i to nie zawsze. Czasem nawet najściślejsze związki międzyludzkie rozpadają się z powodów ekonomicznych. Wyjątek stanowią nadzwyczajne zagrożenia typu: wojna, pożar, czy powódź. Wtedy ludzi wiąże coś wyjątkowego. Coś, co nie pozwala patrzeć na sąsiada obojętnie i pomoc jest przedsięwzięciem tak oczywistym, że nie podlega żadnej dyskusji. Kontemplacja opłacalności działania nie ma w takich przypadkach miejsca.

Zdjąłem serwetkę z ramion klienta, omiotłem szczoteczką. Wstał, zapłacił ... podałem mu płaszcz.

- Dziękuję za usługę. Zawsze można z panem pogadać.

Chwyciłem za klamkę i pociągnąłem drzwi.

- Do zobaczenia.

Uśmiechnął się. Podał mi rękę na pożegnanie i przestąpił próg. Zamknąłem szybko drzwi, bo zimny wiatr ciągnął z ulicy pokrytej pierwszym śniegiem.

- Brrr ... i znów zima - zatarłem dłonie - a takie ładne lato mieliśmy. Następny proszę!

Ostrzygłem jeszcze dwóch panów, a tuż przed czwartą do zakładu wpadł doktor Skoczylas.

- Dzień dobry - zawołał od progu.

Doktor wykładał filozofię na uniwersytecie. Może dlatego głos miał bardzo donośny. Pisał książki i wyjeżdżał często do Europy. Uczył też studentów na wyższych uczelniach we Włoszech i Austrii. światowy człowiek. Zawsze elegancko ubrany i z czarnym skórzanym neseserkiem w ręce.

- Dzień dobry - odpowiedziałem i podszedłem szybko do gościa. Pomogłem mu zdjąć płaszcz. Postawił neseserek obok wieszaka i zaprosiłem go na fotel.

- Co słychać w szerokim świecie - zagadnąłem wykonując standardowe czynności rozpoczynające starą jak świat procedurę skracania owłosienia na głowie mężczyzny.

- Och, dawno już nie wyjeżdżałem. Dopiero wczesną wiosną szykuje mi się kurs w Wiedniu. Zresztą dużo się dzieje tu u nas, na miejscu, tak, że nawet nie tęsknię za wyjazdem. Zauważył pan, że coraz więcej polskich imprez odbywa się ostatnio w naszym mieście?

- To Festiwal - zauważyłem - nasze środowisko próbuje zaprezentować polską kulturę i sztukę na szerszym forum. Ochotniczo działający artyści wynajmują galerie, teatry i najróżniejsze sale i salki żeby pokazać polskie malarstwo, rzeźbę, teatr, poezję.

Doktor Skoczylas uśmiechnął się lekko.

- Byłoby dużo prościej, gdyby mieć polskie centrum kulturalne. Wczoraj w dzienniku telewizyjnym ogłosili, że podjęto decyzję o budowie czterech ośrodków kulturalnych w granicach miasta. Cztery grupy etniczne zamieszkujące nasze miasto zdołały doprowadzić pomysł stworzenia swoich siedzib do etapu przed realizacyjnego. Wszystkie cztery przedsięwzięcia dostały dofinansowanie od prowincji i od rządu federalnego. Decyzję o pomocy finansowej uzasadniono potrzebą pielęgnowania zróżnicowania kulturalnego naszego regionu i zachęcenia potencjalnych imigrantów do osiedlania się w mieście. Panie Julianie - czy to nie jest wspaniałe?

- Niewątpliwie tak, ale co z tego dla nas? - stwierdziłem z przekąsem. Pomysł zbudowania Domu Polskiego zrodził się już przed wielu, wielu laty. Ludzie mówią, że podobno nawet działka budowlana była kupiona i konto z pieniędzmi ciągle jeszcze istnieje gdzieś w banku. Ech, czy to nie jest ironia? Inni potrafią, a my?

- Niech pan nie będzie zbyt surowy, panie Julianie. Przecież dużo się słyszy o polskiej sztuce. Szczególnie o sztuce wizualnej i ... poezji. Trochę nawet jestem zaskoczony ożywieniem zainteresowania polską poezją. Coś w tym jest.

Skończyłem z cięciem i nałożyłem kolor na odrosty.

- Święta racja, panie doktorze. Mnie się też tak wydaje, ale ... muszę pana teraz zostawić. Farba potrzebuje trochę czasu.

Wziąłem następnego klienta. Uwaga doktora Skoczylasa była po stokroć celna. Rzeczywiście poezji jest jakby coraz więcej. Coraz częściej słyszy się o promocyjnych występach poetów w księgarniach, o konkursach poezji, o recytacjach wierszy przy różnych okazjach. Niedawno czytałem, że prezentacja poezji polskiej w Nowym Jorku przyciągnęła znaczną liczbę amatorów polskiej literatury. Nasza poezja ma chyba dość znaczące miejsce w literaturze światowej. Nagrody Nobla dla Miłosza i Szymborskiej są najlepszym przykładem na to, że tak jest i ludzie z tego dziś korzystają. Po jedenastym września, pamiętnego 2001 roku, żyje się jakby coraz niepewniej. Najpierw Afganistan, teraz Irak, no i Rada Bezpieczeństwa ONZ stanęła jednogłośnie po stronie USA w przepychance Husseina z inspektorami ONZ. Kto wie, czym to się skończy. Ludzie chyba potrzebują poetyckiej odskoczni, żeby jakoś oddzielić się od problemów codziennej prozy życia. Żeby choć na chwilę odepchnąć od siebie zagrożenia. Realne, czy nierealne, jakie to ma znaczenie. Ważne jest tylko to, żeby obawa przed przyszłością nie zniszczyła delikatnego balansu współpracy między ludźmi, czy możliwości zrozumienia sytuacji drugiego człowieka. Miałem dogłębne przeświadczenie, że poezja w tym jakoś pomaga.

Skończyłem zabiegi fryzjerskie przy moim kliencie. Głowa doktora Skoczylasa była też już gotowa do mycia i modelowania.

Komentarze | Dodaj

(03) Festiwal

 

3 sierpnia 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 29, 15 października 2002 r.)

Przyszedłem do zakładu z bólem głowy. Pewnie przez pogodę - ciśnienie atmosferyczne bardzo się w nocy podniosło. Klientów na razie nie było, więc poprzestawiałem trochę buteleczki na półkach, wziąłem aspirynę i usiadłem w fotelu przed lustrem. W głowie ciągle pulsowało - może to nie przez pogodę, tylko emocje. Ostatnie dni były bardzo bogate w wydarzenia artystyczne. Właśnie odbywa się w naszym mieście festiwal polskich osiągnięć artystycznych i kulturalnych. W środę otwarto galerię polonijnych artystów grafików i wyświetlano „Dług” Andrzeja Krauze. Kilka dni temu był koncert muzyki polskiej, a wczoraj wieczorem Michał Urbaniak dał jedyny i wyjątkowy koncert. W krótkim czasie publiczność kanadyjska otrzymuje bardzo skondensowaną porcję polskiej kultury i sztuki. Poziom, jak wszędzie, jest różny i zależy od indywidualnych możliwości twórców i organizatorów. Wszyscy się jednak bardzo starają, żeby pokazać tę naszą kulturę od jak najlepszej strony. Oceny ich wysiłków są jednak zróżnicowane. No cóż. Wydawanie sądu o czymkolwiek zależy przecież od człowieka, jego odczuć, doświadczeń, czy wykształcenia. Opinii zawsze będzie tak wiele, jak wielu jest ludzi. Każdy przecież ma prawo wyrazić swój pogląd w kulturalny sposób i nie ma w tym nic niewłaściwego. Źle zaczyna być, gdy otwarte formułowanie opinii staje się tematem publicznego piętnowania osoby opiniodawcy.

Mój pomocnik krzątał się cicho po zakładzie. Miał respekt dla mojego bólu głowy. Miły chłopak. Chciał się uczyć, ale rodzice są biedni, więc zamiast na studia, przyszedł do mnie. Wstałem, żeby mu trochę pomóc. Jak to tak, szef siedzi, a młodzież pracuje? Niby tak przecież powinno być, ale w końcu skąd młodzi mają brać dobry przykład?

Za oknem zamajaczyły znajome sylwetki pana Grzegorza i jego ślicznej żony Beaty. Bardzo elegancki pan. Trochę zarozumiały. Dużo pracuje i często sprawia wrażenie nieobecności, którym obdarza swoich rozmówców. Ma tyle spraw na głowie.

- Dzień dobry panie Julianie - przywitał mnie od progu przepuszczając kurtuazyjnie małżonkę przed sobą.

- Witam pana Grzegorza, witam, a pani Beata jak zwykle piękna. Proszę, niech pani usiądzie. Tu w fotelu będzie pani wygodnie. Może filiżankę kawy, a ja zajmę się mężem?

Uśmiechnęła się czarująco. Ból głowy jakby trochę minął.

- Bardzo chętnie. Kawa u pana zawsze taka znakomita.

- Zenek - kiwnąłem na mojego bezrobotnego chwilowo pomocnika - podaj pani kawę, a pana poproszę na fotel.

- Dziś tylko brodę i wąsy proszę mi podciąć.

- Oczywiście - ułożyłem serwetkę pod brodą klienta, chwyciłem za grzebień i nożyczki.

- Chodzicie państwo na imprezy festiwalowe?

- Czasem, ale mam zbyt mało czasu, żeby zobaczyć wszystko - twarz znieruchomiała na chwilę, żeby pozwolić na cięcie - mmm... wybieramy tylko najlepsze.

- Bardzo interesujący koncert odbył się w ostatnią niedzielę. Byliście państwo?

- Uhm! - chrząknął z wahaniem i spojrzał znacząco na małżonkę w lustrze. Pani Beata popijała kawę przeglądając Przekrój kartka po kartce.

- Czyżby się nie podobało? - nie mogłem uwierzyć przeczuciom - dużo ludzi przyszło ... i brawa gromkie też były - podniosłem brodę klienta. Poddał się posłusznie.

- Polską muzykę nieczęsto można tu usłyszeć publicznie. Dobrze, że grają - kontynuowałem goląc szyję pana Grzegorza. Nie śmiał się ruszyć teraz. Wytarłem brzytwę i sięgnąłem po buteleczkę wody kolońskiej.

- Żona była zachwycona popisami. Nie żałowała rąk po każdym utworze - pan Grzegorz zniżył głos - klaskała z zachwytu nawet w pauzach między częściami tego samego utworu. Pokręcił głową z dezaprobatą.

- Takie brawa to zmora każdego muzyka - dodał prawie szeptem. - Mnie tam też się koncert podobał i - kontynuował - zgadzam się z panem, panie Julianie, że trzeba grać polską muzykę. Im więcej, tym lepiej. Poziom artystyczny występu był jednak bardzo nierówny. Myślę, że można było to lepiej zrobić. Trzeba ciągnąć w górę, równać do najlepszych. Nie cierpię bylejakości. Na szczęście nie ma tego dużo, ale to co jest, wystarczy czasem, żeby popsuć odbiór najmisterniej przygotowanego popisu.

Wylałem trochę wody kolońskiej i roztarłem w dłoniach. Pan Grzegorz widać był z tych, dla których ważne są nie tylko dobre chęci, talent i wewnętrzne przekonanie o swojej wartości. Miałem nieodparte wrażenie, że takie przymioty nie znaczą dla niego zbyt wiele jeśli nie są podparte najwyższej jakości kunsztem artystycznym, do którego dochodzi się wyłącznie drogą mozolnej, systematycznej i wyczerpującej nierzadko pracy.

Natarłem klienta pachnidłami, zapłacił i poszli. Zgarnąłem serwetką resztki włosów z fotela, usiadłem i spojrzałem w lustro. Ból głowy kołatał się jeszcze gdzieś pod ciemieniem. Ostatnie słowa pana Grzegorza dawały do myślenia. Ktoś mógłby powiedzieć, że nie ma racji. Napracowali się przecież i trzeba to docenić. Z tej strony - to racja. Z drugiej znów, wszak nawet malutki, niedopracowany lub niedbale zagrany fragmencik najpiękniejszego koncertu potrafi obrócić wniwecz wysiłek całego zespołu.

Eh! Nie dla mojej skołatanej głowy rozwiązywać takie dylematy. Filiżanka pani Beaty czekała na umycie. Zwlokłem się z fotela i poczłapałem do stolika.

Komentarze | Dodaj

(02) Mgła

 

2 sierpnia 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 27, 6 sierpnia 2002 r.)

Dziś rano gęsta mgła zwolniła życie naszego miasta. Wszystkie ulice były zapchane wolno sunącymi samochodami. Jechałem tak pomału, że spóźniłem się z otwarciem zakładu. Mój wspólnik też się spóźniał i wyglądało na to, że dzień będzie dość flegmatyczny.

- Ale mgła - zawołał zdyszany wchodząc gwałtownie do środka - mam nadzieję, że dużo się nie spóźniłem - już od progu zdejmował kurtkę.

Układałem właśnie czasopisma w poczekalni dla klientów. Zwykle ruch jest duży pod koniec godzin pracy i nie zawsze zdążymy porządnie posprzątać. Wczorajszy dzień nie był wyjątkiem. Uśmiechnąłem się do niego. Był młodym entuzjastą, pokładającym duże nadzieje w ludziach. Zawsze twierdził, że uśmiech i serdeczność otwierają najcięższe drzwi.

- Słyszał pan, że Unia Emigracyjnych Organizacji Polskich ma poważne trudności finansowe? - spytał porządkując narzędzia na półkach pod lustrem przykrywającym większą część ściany naprzeciw okien.

- Słyszałem. Wczoraj klient wspominał coś. Podobno było walne zebranie ...

- Właśnie! Nie tylko walne, ale i otwarte. Zaproszeni byli wszyscy. Cała Polonia. Byłem tam i ... wyszedłem po dwóch godzinach bezowocnej debaty. Sala była nabita po brzegi. Ludzie chcieli, żeby organizacja przetrwała. Nie sądzę jednak, żeby im się udało. Prezes próbował przedstawić sytuację finansową organizacji. Zaapelował do wszystkich o pomoc finansową, ale poza kilkoma ogólnikami w rodzaju: „na ratowanie Unii”, nie potrafił powiedzieć na co zebrane pieniądze będą przeznaczone. W końcu stwierdził, że chyba będą musieli rozwiązać organizację albo zawiesić działalność, bo nie stać ich nawet na opłacenie sekretarki. Na sali zawrzało. Ludzie zaczęli zarzucać sobie nieuczciwość, domagać się ustąpienia zarządu i ukarania winnych.

Założył fartuch i wsypał kawę do ekspresu. Mamy zawsze gorącą kawę dla klientów. To się bardzo przydaje, szczególnie przy takiej pogodzie, jak dziś.

Podszedłem do okna. Mgła ciągle snuła się po ulicach.

- Już nie pierwszy raz mają takie kłopoty - stwierdziłem - pamiętam, jak kilka lat temu, w podobnej sytuacji, ówczesny zarząd zaproponował zwiększenie składek członkowskich o sto procent. Zrobiła się straszna awantura, dwie organizacje zagroziły wystąpieniem z Unii i sprawa jakoś przycichła. Moim zdaniem mają za mało młodych i energicznych ludzi. Jakoś nie potrafią ich do siebie przyciągnąć. Czy ktoś mówił na ten temat?

- Nie przypominam sobie. Zresztą nie byłem od samego początku i wyszedłem też wcześniej. Sądzę jednak, że nikt nie wpadł na pomysł, żeby dogłębnie zbadać przyczyny takiej sytuacji i przedstawić plan wyjścia z kryzysu. Tylko o pieniądze prosić potrafią - zdenerwował się - kto da pieniądze, jak nie wie na co?

Dzwonek brzęknął od drzwi. Odwróciłem się - na progu stał mój stary znajomy. Starszy już pan, na emeryturze. Przez ostatnie lata miał poważne kłopoty ze zdrowiem, a niedawno przeszedł ciężką operację serca. Był naszym stałym klientem.

- Dzień dobry panie Mieciu! - przywitałem go serdecznie - proszę do środeczka. Jest pan, jak zwykle, pierwszym klientem. Jak zdrowie?

- Dzień dobry. Czy on naprawdę taki dobry? Co za mgła - narzekał - i mokro jakoś. Nogi mnie jeszcze noszą, panie Julianie, ale przy takiej pogodzie reumatyzm wyłazi mi z kolan jak, nie przymierzając, dusza z nieboszczyka.

- Jeszcze się rozpogodzi i będzie piękny dzień. Zobaczy pan. Proszę na fotel.

Usiadł ciężko. Przykryłem mu ramiona białą serwetą.

- Strzyżenie, jak zwykle? - spytałem na poły twierdząco.

- Tak - odpowiedział - oby pan miał rację, z tą pogodą, bo jak tak dalej pójdzie, to pan będzie musiał do mnie przychodzić, a nie ja do pana.

- No cóż, latka lecą, a nam też ich nie ubywa, tylko przybywa. Starzejemy się panie Mieciu, starzejemy. Tak już ten świat jest urządzony. Młode pokolenie przejmuje pałeczkę, a my ... trzeba się cieszyć emeryturą. Żyć pełną piersią łapiąc pogodne momenty gdzieś między dokuczliwą podagrą i zgagą po zażytych pastylkach na wątrobę. Słyszał pan o kłopotach Unii?

- Słyszałem i wcale im nie zazdroszczę. Sami sobie winni. Przecież tam nie ma kto rządzić. Ci sami ludzie zmieniają się na stołkach, a nikt nowy nie chce przyjść. Mówią, że struktura skostniała i nie ma miejsca na nowoczesne inicjatywy. Przyszłość Unii jest chyba tak mglista, jak dzisiejszy dzień.

Spojrzałem w okno. Mgła się podniosła. Słońce wyjrzało i zapowiadał się ładny dzień.

- Może nie będzie tak źle - stwierdziłem - niech pan spojrzy, zrobiło się całkiem ładnie. Może i dla Unii słońce wyjdzie.

Pan Mieciu westchnął głęboko.

- Panta rhei - panie Julianie - wszystko jest zmienne. Nikt tego nie wie lepiej niż ja.

Komentarze | Dodaj

(01) Ciężkie czasy

 

2 sierpnia 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 26, 2 lipca 2002 r.)

Zawodu fryzjera nauczyłem się już we wczesnej młodości. Będąc małym chłopcem lubiłem siadywać w gorące popołudnia na placyku przed zakładem fryzjerskim pana Franciszka. Był on lokalną osobistością odwiedzaną przez najważniejszych obywateli naszego miasteczka. W takie popołudnia miał zwyczaj trzymania drzwi do zakładu szeroko otwartych. Było przez nie widać jak uwija się dookoła klientów.

- Strzyżenie? Golenie? - pytał zaraz jak tylko oślepiająco biała płachta owijała się wkoło szyi sadowiącego się w fotelu klienta.

Wydawało się, że to najlepszy zawód na świecie. Owłosienie odrasta, więc pan Franciszek na brak klienteli nie narzekał. Oni zaś narzekali ile wlezie. Na wszystko. Czasem wyglądało tak, jakby przychodzili do niego tylko po to, żeby się wygadać. Strzygli się niejako przy okazji. Podobało mi się to gmeranie we włosach i kłopotach innych ludzi. Było w tym coś intymnego i tajemniczego, a jeszcze te nie kończące się rozmowy o wszystkim. Pan Franciszek potrafił rozmawiać z każdym na dowolny temat. Wydawał się przez to niezwykle mądrym człowiekiem. Ja też tak chciałem.

Zacząłem więc rozglądać się za moim pierwszym klientem. Nie szukałem długo. Siostra miała piękne i długie włosy. Obiecałem jej lody w Filipince jak zgodzi się udostępnić mi swoje warkocze. Łakoma była, więc poszło całkiem łatwo. Gorzej było z włosami. Miałem potem zakaz wychodzenia z domu przez miesiąc.

Tak się to wszystko zaczęło, a dziś... mam swój zakład w malowniczej uliczce niedaleko dość dużego centrum handlowego na północy miasta i wbrew czarnym przepowiedniom urzędnika emigracyjnego w ambasadzie, który wróżył mi długą i ciężką pracę w zakładach oczyszczania miasta, idzie mi całkiem nieźle. Robię dokładnie to, co lubię. Przy pomocy nożyczek i brzytwy poprawiam ludziom samopoczucie, a i zdarzy się czasem, że pomogę dobrą radą, Mam dużo klientów, więc, jak pan Franciszek, wiem co w trawie piszczy.

Pewnego jesiennego dnia przyszedł do mnie mężczyzna w długim, czarnym, podniszczonym płaszczu. Powiesił go na wieszaku, usiadł w rogu i zaczął czytać w oczekiwaniu na swoją kolej. Wydawało mi się, że skądś go znam. Miał taką znajomą twarz. Odłożył gazetę jak poprosiłem go na fotel. Zamówił strzyżenie.

- Taka długość będzie dobra? - spytałem przytrzymując włosy między palcami i pokazując nożyczkami miejsce, gdzie będę ciął. Zgodził się obojętnie.

- Może być, byle tylko wygodnie było - dodał z wysiłkiem i popatrzył w lustro posępnie.

- Nie słyszał pan co o jakiejś pracy? - spytał niezgrabnie. Czułem, że się krępuje.

- Szukam już od sześciu miesięcy - dodał jakby na swoje usprawiedliwienie.

Sytuacja na rynku pracy była rzeczywiście ciężka. Bezrobocie w niektórych rejonach Kanady osiągało osiemnaście procent.

- A co pan umie - spytałem.

-Właściwie, to jestem inżynierem przemysłu spożywczego, ale pracowałem już jako goniec, pakowacz leków w zakładach farmaceutycznych i jako złota rączka w firmie wynajmującej mieszkania. Robię właściwie wszystko. Wezmę każdą pracę.

- Był pan w biurze pośrednictwa ...

- E tam - przerwał mi i poruszył się niespokojnie.

Odstawiłem na chwilę nożyczki.

- Co oni mogą? Chciałem, żeby mi dali jakiś kurs, żebym się przekwalifikował na potrzeby rynku, ale gdzie tam. Kazali szukać w swoim zawodzie. Niby, że za długo się uczyłem. W Polsce siedemnaście lat spędziłem w szkole. Złożyłem podania nie tylko we wszystkich zakładach produkujących żywność, ale i w tych, które go rozwożą. Papiery przyjmują bardzo uprzejmie. Nie powiem. Mówią, że zadzwonią i nic.

- To pan musi dzwonić.

- Wiem, wiem. Uczyli nas na kursie szukania pracy. Panie! Jakich ja kursów nie brałem, żeby tylko nie iść na zasiłek.

Westchnął głęboko. Znad jego głowy widziałem w lustrze jak miął w palcach nerwowo serwetkę przykrywającą mu kolana.

- Mówi pan bardzo ładnie po polsku - spróbowałem zmienić trudny temat.

Uśmiechnął się jakby z zadowoleniem.

- Staram się. Szkoda tylko, że z tą pracą jest tak ciężko ... a polski, no cóż, dzieci mają mało okazji do rozmów w ojczystym języku, więc chociaż w domu, językiem oficjalnym jest polski - znów się uśmiechnął.

Dzwonek u drzwi brzęknął. Przyszło dwóch nowych klientów.

Ścieniowałem włosy na szyi klienta.

- Ja też mam dzieci ... i mówią po polsku całkiem nieźle - dodałem ostrząc brzytwę na szerokim skórzanym pasie. Zawsze wykańczam klienta brzytwą. Rzadko kto dziś to robi. Ludzie mówią, że po tym można poznać dobrego fryzjera.

- Płaci pan dziesięć dolarów - powiedziałem z uśmiechem zdejmując serwetę z szyi klienta - przykro mi, że nie mogłem pomóc w sprawie pracy, ale będę miał uszy i oczy otwarte. Kto wie, może jak pan wpadnie następnym razem, to będę coś dla pana miał?

Uśmiechnął się serdecznie i wyszedł.

Komentarze | Dodaj