(13) Bill

 

2 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 52, 9 czerwca 2005 r.)

Byłem na siebie wściekły. Próbowałem sobie wytłumaczyć, że byłem wszak na urodzinach córki, ale... przecież mogłem i ją, i wszystkich jej gości zabrać do kina. Już trzech klientów opowiadało mi o festiwalu filmów dokumentalnych, który odbył się w Cinemateque w naszym mieście. Nie mogłem sobie darować, że tego nie zobaczyłem. Taka okazja! Wśród wyświetlanych filmów znalazł się „Street Railway Switchman”, dokument o Pawle Tomkowiczu, Polaku, który w połowie dwudziestego wieku mieszkał tu i pracował przy odśnieżaniu torów tramwajowych. Dziewięciominutowy film nakręcony przez Romana Kroitora w 1953 roku zrobił, według klientów, olbrzymie wrażenie na widzach. Ciężka praca Polaka, w porównaniu z jego optymistycznym podejściem do życia i humorystycznym zestawieniem realiów polskich z kanadyjskimi, była bardzo niezwykła i interesująca nie tylko dla przeciętnego Kanadyjczyka. Szczególnie teraz, po pięćdziesięciudwóch latach. Film dostał rzęsiste brawa. Inne filmy zresztą też. Ponoć był to bardzo udany festiwal.

Organizatorzy pokazali też współcześnie zrobiony film o lokalnym fryzjerze pt. „Bill The Barber”. Kolega po fachu, a ja nawet nie wiedziałem, że robią o nim film. Kręcili zresztą już od dawna, bo pokazano sceny sprzed pożaru, który przed laty strawił budynek mieszczący zakład fryzjerski Billa Sciaka. Głośno było o tym w całym mieście, bo Bill był od kilkudziesięciu lat fryzjerem szanowanym i uznawanym w całym mieście. Zaraz po pożarze, klienci Billa zaczęli zbiórkę pieniędzy na nowy zakład fryzjerski. Odbudowali go, a jakże, z całym antycznym wyposażeniem i kolorystyką. Zrobili to wbrew pesymizmowi przybitego tym smutnym wydarzeniem bohatera, który nie wierzył już w podjęcie zawodowej pracy. Zakład jednak był i stawić się do pracy wypadało. Pierwszym klientem Billa w nowym zakładzie fryzjerskim był ówczesny burmistrz miasta. Podeszły wiek nie pozwolił Billowi jednak długo strzyc. Zdrowie podupadało, no i zakład już przecież był zupełnie obcy. Inne zapachy, inna okolica i ludzie wkoło byli też inni. To już nie ten fotel, którego drewniane wyślizgane oparcie pasowało jak ulał do ręki po tysiąckroć zmiatającej z niego resztki włosów. Nie ta klamka u drzwi i nie ten szum z ulicy. Tylko Bill był niby ten sam. Chociaż też jakiś inny. Stary. I bez wiary w przyszłość. Miał wszak tylko ten pachnący farbą nieznajomy zakład i kilkudziesięciu wiernych klientów. Telefon jednak był ten sam. Czarny ebonit z tarczą. Z lombardu. Czy to mało, czy dużo? Gdzie jest miejsce człowieka, gdy w przeszłość odejdzie to, z czym zżył się przez tyle lat? Ile trzeba sił, żeby podnieść się po takiej stracie? Ile samozaparcia, żeby wbrew dławiącemu czasem smutkowi, szukać powodów do radości w nieznajomym już świecie? Żeby żyć i znów dla innych być. Bill nie dał rady. Przeszedł na emeryturę. Zaproszono go do obejrzenia filmu o sobie. Nie odmówił. Był na widowni. Zgarbiona sylwetka i nieodłączny uśmiech na twarzy. Zapytany po filmie o opinię odparł: „mi tam się podobało”.

Tyle dowiedziałem się od klientów. Szkoda, że informacja o takich perełkach nie dociera do wszystkich zainteresowanych, ale tak to już w życiu bywa. Nie wszystkim udało się obejrzeć festiwal, bo liczba miejsc w kinie jest ograniczona. I tak kilkadziesiąt osób odeszło od kasy z kwitkiem. Może następnym razem.

Komentarze | Dodaj

Dodaj komentarz

Założenie konta jest wymagane, żeby wypowiadać się w tej witrynie. Zaloguj się, jeżeli masz już konto.