(22) Kryzys

 

3 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Pierwsza publikacja online 12 grudnia 2008 r.)

- Panie Julianie - jakiś mężczyzna zagadnął, gdy byłem tuż przy drzwiach. Z kluczem już w zamku, odwróciłem się w stronę nieznajomego głosu.

- Przepraszam, że zwracam się tak po imieniu, można?

Mężczyzna zrobił gest w kierunku drzwi zakładu. Otwarłem je szeroko przepuszczając klienta przed sobą. Wszedł, a ja zaraz za nim.

- Proszę usiąść - wskazałem w kierunku poczekalni - zaraz będę gotowy.

Mężczyzna zdjął długi, brązowy płaszcz, powiesił go na wieszaku i usiadł w fotelu. Zmieniłem obuwie, założyłem biały kitel i zapinając guziki zwróciłem się do klienta.

- Nie przypominam sobie pana twarzy, skąd pan mnie zna?

- Jest pan sławny w tym mieście - mężczyzna uśmiechnął się szeroko - przychodzą tu przecież wszyscy znani i nieznani.

- No, racja... zaraz powinien być Zenek, wie pan - spojrzałem pytająco - mój pomocnik, więc i kawa będzie za kilka minut, a w międzyczasie może... - zrobiłem zapraszający gest w stronę fotela przed lustrem.

Mężczyzna wstał, ale zaraz usiadł z powrotem.

- Właściwie to nie zależy mi na strzyżeniu. Ceny wszystkiego rosną - wie pan, kryzys - ile pan bierze za strzyżenie?

- Według obowiązującego w branży cennika. Ani mniej, ani więcej - wskazałem na oprawiony w starą, pozłacaną ramę cennik usług fryzjerskich. Mężczyzna znów wstał, podszedł do ściany, zdjął okulary i przetarł je szalikiem.

- Jutro kończy mi się bezrobocie - powiedział, zakładając okulary na nos. Podniósł głowę do góry i wpatrując się w cennik kontynuował półgłosem - szuje, krwiopijcy... dla nich tylko dolar się liczy... dla mnie zresztą też - dodał miarkując, że w końcu żyje w kraju, gdzie rządzi dolar. Domyślił się też chyba, że i dla mnie pieniądz jest wartością, która stanowi o poziomie życia, bo odwrócił się od ściany i zmierzając do wieszaka spytał: - kto nie potrzebuje pieniędzy?... ale nie stać mnie dziś na strzyżenie - i sięgnął po płaszcz.

- Zaraz, zaraz - zawołałem - niech pan się tak nie spieszy.

Drzwi skrzypnęły (trzeba znów wkropić olej w zawiasy) dzwonek zadźwięczał i Zenek wpadł do zakładu.

- Witam - rzucił od progu i spoglądając na gościa dodał - o, i ty do nas w końcu trafiłeś.

Mężczyzna odwiesił płaszcz z powrotem na wieszak, ale rękę jeszcze na kołnierzu trzymał.

- Ano tak... tylko wpadłem... ale już chciałem wychodzić - jąkał się, jakby nie wiedząc czy dobrze robił zostając - może powinien już iść. Zenek zauważył wahanie mężczyzny i zaproponował:

- Zostań jeszcze chwilę, zrobię kawę i pogadamy... dawno cię nie widziałem. Pan Julian nie będzie miał nic przeciwko temu, co? - spojrzał na mnie pytająco.

Machnąłem ręką. Ruchu dużego ostatnio nie było. Kryzys na rynku ekonomicznym i każdy chyba zajęty przygotowaniami do świąt.

- Siadaj - rzucił Zenek i zdjąwszy kurtkę, położył ją na fotelu w poczekalni, po czym zajął się ekspresem do kawy.

- Gdzie się podziewałeś? Nie widziałem cię już od miesięcy?

- Od dłuższego czasu szukam pracy. Nie słyszałeś o jakiej robocie? - mężczyzna gładził fałdy na spodniach - może pan, panie Julianie?

Nie wiedziałem, ale mój znajomy otwierał właśnie sklep w sąsiedztwie, więc możne potrzebował pracownika. Skrobnąłem numer na serwetce.

- Niech pan tu zadzwoni - powiedziałem wręczając mu papier - proszę powiedzieć, że to ode mnie.

- Dziękuję, co to za praca?

- Proszę zadzwonić i wszystkiego się pan dowie.

Zapach kawy zaczynał się rozchodzić po zakładzie. Jeszcze chwila i wszyscy trzej delektowaliśmy się napojem ze zmielonych ziaren kawowców, najpopularniejszych drzew i krzewów, z rodziny marzanowatych, na naszej planecie.

- A przez internet szukałeś? - zagadnął Zenek między jednym i drugiem łykiem.

- Pewnie, że tak. Wykorzystuje wszystkie środki, internet też, ale nie mam większych sukcesów. Znalazłem atrakcyjne oferty pracy, ale u... Arabów, ale tam mi się nie bardzo chce jechać... wiadomo. Kto by chciał być zakładnikiem...

- Szansa na to zawsze jest, jak się jest obywatelem Zachodu w kraju arabskim... takie teraz czasy - odrzekłem - ja też bym nie jechał. Zresztą mam zakład tutaj i chociaż ostatnio nie zawsze pełny klientów, to mi wystarczy.

Zenek pomagał mi w prowadzeniu zakładu od lat, płaciłem mu ile mogłem. Nigdy nie narzekał, więc chyba był zadowolony. Inaczej przecież, znalazłby sobie lepszą pracę.

Mężczyzna poprawił się w fotelu i sięgnął po filiżankę.

- A wracając do internetu - popił łyk kawy i odstawiając porcelanę na stolik kontynuował - szukając tzw. "classiffied" znalazłem wiele najróżniejszych witryn z ofertami pracy. Ich właściciele muszą zarabiać dziś niezłe pieniądze, udostępniając swoje strony pracodawcom poszukującym taniej siły roboczej. W czasach, gdy wzrasta bezrobocie, ludzi szukających pracy przybywa dość szybko. Niestety wśród rzetelnych ogłoszeń można znaleźć wielu naciągaczy oferujących duży zarobek nawet bez wychodzenia z domu. Moja żona dała się na to nabrać i do dziś nie może się doprosić pieniędzy wysłanych, żeby dostać pakiet informacyjny, który nigdy do nas nie doszedł.

Zenek pokiwał głową i wpadając mężczyźnie w słowo dodał - mnie zdarzyła się kiedyś podobna sytuacja. Kilka lat temu znalazłem dobrą, jak mi się wtedy wydawało, pracę przez internet i wylądowałem jak Zabłocki na mydle - spojrzał na mnie i z uśmiechem - ale teraz nie muszę się martwić.

- Z internetowymi ofertami pracy trzeba bardzo uważać - wtrąciłem - nie dalej jak wczoraj, czy przedwczoraj polska TVN podawała komunikaty ostrzegające przed przestępstwami w cyberprzestrzeni.

- To w Polsce też tak się dzieje? - mężczyzna nie był bardzo zdziwiony.

- Wszędzie ludzie zarabiają jak mogą i jak potrafią - Zenek zdawał się bronić właścicieli witryn, acz nie zabrzmiało to zbyt przekonywująco.

Mężczyzna popatrzył na Zenka i spytał z przekąsem:

- Ciekawe co byś powiedział jakby twoja córka, zwabiona obietnicą dużych zarobków, odpowiedziała na ogłoszenie pracy polegającej na rozbieraniu się przed tzw. "web cam", czy uczestniczeniu w seks video chats? Co byś pomyślał o właścicielu witryny, w której ukazują się takie oferty pracy?

- Nie mam córki - żachnął się Zenek - ale jakbym miał, to chyba wybiłbym mu zęby - uśmiechnął się szeroko, ale mężczyźnie wcale nie było do śmiechu. On szukał pracy i trafiając na takie ogłoszenia szlag go trafiał, że są ludzie, którym zbyt mikre poczucie moralności i etyki pozwala na takim procederze robić pieniądze.

W dalszym ciągu rozmowy dał temu dobitny wyraz okraszając swoje wypowiedzi epitetami, których nie mogę tu (i nie chcę) przytaczać. A już zdenerwował się nie na żarty, gdy mówił o tym, jak tacy ludzie, próbując się sami przed sobą wybielić, przekazują spore sumy pieniędzy na cele charytatywne, a potrzebujący, nieświadomi, biorą... ba, są nawet tacy, co świadomie czy nieświadomie sponsorują takich "biznesmenów".

- Nie denerwuj się stary - Zenek próbował uspokoić kolegę - takich nie ma dużo. Trzeba tylko nauczyć się ich rozpoznawać i po prostu omijać. Oni zawsze byli i zawsze będą.

Mężczyzna dopił kawę.

- Będę już szedł... zadzwonię pod ten numer - zwrócił się do mnie, zakładając płaszcz - mam nadzieję, że to się uda, bo długo tak nie pociągnę.

- Proszę próbować, a i wpadać też proszę częściej.

Mężczyzna uśmiechnął się, postawił kołnierz płaszcza na sztorc i wyszedł.

Dzwonek u drzwi dźwięczał jeszcze przez chwilę i zapadła cisza.

Komentarze | Dodaj

(21) Karta Polaka

 

3 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 72, 21 lutego 2008 r.)

Wczoraj mój znajomy redaktor poprosił mnie o uwagi na temat Karty Polaka.

- W twoim zakładzie na pewno o tym głośno - mówił - a strzygąc, gęba ci się nie zamyka, więc wiesz, co w trawie piszczy.

To, prawda. Ludzie gadają, bo Ustawa z dnia 7 września 2007 r. o Karcie Polaka, broszura informacyjna o Karcie oraz wzory wniosku o przyznanie Karty i samej Karty Polaka są dziwnie kontrowersyjnym tematem.

Zgodziłem się i spisałem rozmowy klientów z mojego zakładu, dodając nieco od siebie, żeby było bardziej „literacko” i to jest to, co wyszło...


***

Piękna to i szlachetna rzecz jak naród się jednoczy, jak jeden Polak wyciąga rękę do drugiego w geście przyjacielskiej pomocy i zrozumienia. Jak państwo dokłada starań by ulżyć doli krajanom, którym się w życiu nie poszczęściło. Jak w bajce...

Cóż to jednak znaczy być Polakiem?

Według Konstytucji RP, najważniejszej ustawy w państwie, określającej ogólne zasady jego ustroju, naród polski tworzą wszyscy obywatele Polski poczuwający się do wspólnego dziedzictwa i dobra Polski, niezależnie od narodowości i miejsca zamieszkania.

Słownik PWN, określający zasady języka polskiego, definiuje Polaków jako naród złożony z plemion zachodniosłowiańskich (m.in. Polanie, Ślężanie, Wiślanie, Mazowszanie, Pomorzanie) tworzących podstawową ludność Polski; poza granicami zamieszkują zbiorowości polonijne.

Główny Urząd Statystyczny, centralny organ administracji państwowej zajmujący się zbieraniem informacji statystycznych, natomiast uważa, że narodowość jest cechą (sic!) deklaratywną (opartą na subiektywnym odczuciu), indywidualną dla każdego człowieka, wyrażającą jego związek emocjonalny (uczuciowy), kulturowy lub genealogiczny (ze względu na pochodzenie rodziców) z określonym narodem.

Kim więc jest Polak?

Według Konstytucji wystarczy poczuć (cokolwiek to może znaczyć) więź z polskim dziedzictwem i chcieć dobrze (cokolwiek to może znaczyć) dla Polski. To wszystko...

Według PWN nikt, kto nie posiada choć kropli krwi zachodniosłowiańskiej, nie może być Polakiem.

Według GUS-u starczy, mając tego potrzebę, ogłosić: „jestem Polakiem”, albo kochać Polskę i jej dziedzictwo, albo mieć przodka Polaka.

Kim więc jest Polak, jest rzeczą trochę umowną i każdy mieszkaniec planety Ziemia, jak się bardzo uprze, to w sprzyjających okolicznościach, interpretując odpowiednie definicje, może doprowadzić do tego, że będzie on prędzej czy później uznany za Polaka. Na szczęście (a może na nieszczęście?) ludzie czują więzi nie tylko z polskim narodem, więc na pewno nie dojdzie do tego, żeby ludzkość składała się wyłącznie z Polaków.

Mając ustalone, że być Polakiem, to kwestia wyboru i interpretacji definicji tego pojęcia, możemy chyba stwierdzić, iż polskość jest poczuciem (odczuciem) subiektywnym i jako takie, nie powinno raczej być ściśle definiowane, a tym bardziej ujmowane w paragrafy prawa.

Autorzy Karty Polaka (proponowanej wyłącznie obywatelom zamieszkałym w określonych ustawą krajach za wschodnią granicą) pięknie sformalizowali ten bałagan i wszystko stało się jasne. Od obywatela państwa „wschodu”, który uważa się za Polaka, i który, w jakimś celu, chce mieć papier poświadczający to, co ma w sercu, ustawowo wymaga się:
1. znajomości języka polskiego,
2. przekonania, że jest to jego język ojczysty,
3. znajomości polskich tradycji i zwyczajów,
4. kultywowania polskich tradycji i zwyczajów,
5. pisemnej deklaracji (w obecności konsula!) o przynależności do Narodu Polskiego,
6. udowodnienia polskości przodka lub przedstawienia zaświadczenia o aktywności na rzecz języka, kultury lub polskiej mniejszości narodowej przez co najmniej ostatnie trzy lata.

Trzeba więc włożyć trochę wysiłku w to, żeby zasłużyć na taki papier. Potencjalny aplikant, zwany dalej „wnioskodawcą”, może zadać sobie pytanie, po co?

Po odpowiedź - wróćmy do ustawy. Daje ona posiadaczowi Karty:

1. prawo do ubiegania się o zwolnienie lub refundację opłat wizowych; urzędnik państwowy zdecyduje więc czy posiadacz Karty zasłużył na zwolnienie z takich opłat, czy nie,
2. prawo do zwolnienia z obowiązku posiadania zezwolenia na pracę w Polsce; proszę zauważyć, że posiadacz Karty nie jest zwolniony z obowiązku posiadania zezwolenia, tylko daje mu ona prawo do takiego zwolnienia; od prawa do zwolnienia do samego zwolnienia jest jeszcze kawałek drogi, na której znów siedzi urzędnik państwowy,
3. prawo do pracy i nauki w Polsce; proszę zauważyć, że Karta nie daje prawa do osiedlenia się w Polsce – uczyć się i pracować trzeba mieszkając na stałe za granicą,
4. prawo do korzystania ze świadczeń opieki zdrowotnej, ale tylko w stanach nagłych; kto określa, czy stan jest już nagły, czy jeszcze można trochę poczekać?
5. prawo do zniżek w opłatach za bilety kolejowe, a więc prawo do przemieszczania się po terenie Polski, łatwiejszego, niż mają Polacy, którzy mieszkają w Polsce,
6. prawo do bezpłatnego wstępu do państwowych muzeów, a więc dostęp do osiągnięć polskiej kultury i sztuki, łatwiejszy, niż mają Polacy, którzy mieszkają w Polsce.

Ciekawy jestem jak będą reagowali ludzie w kolejkach do kas PKP i muzeów na posiadaczy Kart korzystających z ostatnich dwóch praw.

Ustawa również powołuje do życia sześcioosobową „Radę do Spraw Polaków na Wschodzie”, złożoną wyłącznie z obywateli RP. Polacy nieposiadający obywatelstwa polskiego, choćby nawet eksperci znający z autopsji sytuację Polaków na „wschodzie”, nie mogą być członkami Rady.

Rozdział 4 Ustawy traktuje o przyznawaniu i unieważnianiu Karty Polaka. Nie o wydawaniu i odbieraniu należnego Polakowi dokumentu, ale o przyznawaniu mu Karty, jak jakiego orderu za osiągnięcia. Czy polskość jest zasługą, czy stanem wymagającym potwierdzenia?

Dziesięcioletnia ważność Karty Polaka wygląda jak żart, albo pociągnięcie obliczone na osiąganie potencjalnego dochodu z opłat za wydawanie kart w przyszłości. Czy polskość może wygasnąć? Czy narodowość trzeba odnawiać? Czy Polakiem można przestać być po dziesięciu latach? W Kanadzie karta obywatela (bo narodu wszak nie ma … chyba) Kanady (Canadian Citizenship Card) nie ma terminu ważności.

Na żart też zakrawa nadanie konsulowi prawa do unieważnienia Karty Polaka, jeżeli „jej posiadacz zachowuje się w sposób uwłaczający Rzeczypospolitej Polskiej lub Polakom.” Życzę powodzenia polskim placówkom dyplomatycznym w śledzeniu, ocenie i dokumentowaniu zachowania indywidualnych posiadaczy Kart. Szczególnie tych małoletnich, którym przyznano Karty na wniosek rodziców. Nie sądzę bowiem (mam szczerą nadzieję), żeby unieważnienie Kart odbywało się w rezultacie donosu na niegrzecznego Polaka, czy też rozpraw sądowych.

„Wniosek o przyznanie Karty Polaka”

Dokument ma około (w zależności od wielkości czcionki) cztery strony i wszystkie muszą być wypełnione danymi identyfikującymi wnioskodawcę i udowadniającymi jego związek z polskością. Przy dacie i miejscu urodzenia podano w nawiasie objaśnienie znaczenia terminu „miejsce urodzenia” – znaczy ono „miejscowość, rejon/powiat, obwód/województwo, kraj urodzenia – nazwa państwa” i dalej nie wiadomo, czy chodzi o obecną nazwę miejsca urodzenia, czy tamtą z czasów przyjścia wnioskodawcy na świat.

Dziwnym też wydaje się wymóg własnoręcznie podpisanego pisemnego oświadczenia wnioskodawcy o tym, że spełnia on warunki do przyznania mu Karty. Wszak obowiązek oceny polskości wnioskodawcy i decyzji czy spełnia on takie warunki, czy nie, spoczywa na organie przyjmującym wniosek, a nie wnioskodawcy!

Niezrozumiała wydaje się „Ocena skutków regulacji” (dokument przekazany Sejmowi przez J. Kaczyńskiego wraz z wzorami „Wniosku o przyznanie Karty Polaka” i Karty Polaka) gdzie napisano, że przyznanie prawa do pracy, nauki i opieki lekarskiej w Polsce tysiącom Polaków ze „wschodu” nie będzie miało wpływu na sektor finansów publicznych, budżet, rynek pracy, konkurencyjność gospodarki, funkcjonowanie przedsiębiorstw, sytuację i rozwój regionalny. Czy ktoś robił takie analizy? Gdzie są ich wyniki?

Broszura informacyjna „Karta Polaka – Nowe uprawnienia dla Polaków na Wschodzie”

Generalnie, dokument powtarza postanowienia Uchwały dorzucając garść szczegółów odnośnie procedur związanych z przyznawaniem Karty. Jest tam też kilka kwiatków, które zasługują na uwagę każdego szanującego się prześmiewcy. Przede wszystkim prezydencka „preambuła” - do ministerialnej broszurki informacyjnej na temat nowych uprawnień dla Polaków na wschodzie taki kaliber wydaje się przesadą. Stonowany komentarz ministra spraw zagranicznych byłby tu chyba bardziej na miejscu. Nie sądzę bowiem, żeby taka publikacja wymagała wprowadzenia autorstwa samej głowy państwa, tym bardziej, iż zawiera ono opinie i osądy przeszłości, które są dość luźno związane z kwestią Karty Polaka i mogą budzić zastrzeżenia niektórych czytelników.

Innym kwiatkiem jest ustęp dotyczący „zasłużonych”. Wynika z niego, że polski konsul może wydać Kartę Polaka osobie szczególnie zasłużonej bez konieczności przedstawiania zaświadczeń. Wygląda na to, że ważność zasług i stopień znajomości języka polskiego będą zależały od oceny konsula. Znów tworzy się furtkę, przez którą, spośród wszystkich „równych”, przejść będą mogli „równiejsi”.

Refleksja 1 - dotycząca konsekwencji administracyjnego podziału planety na państwa

Karta Polaka jest dostępna tylko dla obywateli ściśle określonych państw. Polacy, których los rzucił poza granice państw wymienionych w Ustawie, są zdani na siebie. Doszła nam też trzecia kategoria Polaka - poza Polakiem i Polonusem mamy teraz i Polaka z państw określonych Ustawą z dnia 7 września 2007 r. Czy to jest nam naprawdę potrzebne?

Refleksja 2 - dotycząca oceny sensu i celu przyznawania Karty Polaka

Karta Polaka wzbudza zastrzeżenia niektórych krajów. Czy to jest coś dziwnego? Nieuzasadnionego? Czy takie reakcje nie były do przewidzenia? Ciekawe jak reagowałyby władze Polski, gdyby rząd niemiecki przyznawał Karty Niemca obywatelom Polski, uważających się za Niemców, czy pochodzenia niemieckiego?

Z mojego punktu widzenia najprostszym i najlogiczniejszym rozwiązaniem, pozwalającym na zredukowanie niepotrzebnej nikomu biurokracji, byłoby oficjalne uznanie przez Polskę podwójnego obywatelstwa (które nieoficjalnie funkcjonuje i ma się bardzo dobrze) i wydanie wszystkim Polakom przysługujących im paszportów. Jeżeli stanowimy jeden, jak to Prezydent ładnie i z dużej litery nazwał, „dumny Naród Polski”, to dlaczego polski system prawno-administracyjny traktuje każdego z nas inaczej tylko dlatego, że mieszkamy rozrzuceni po świecie?

Komentarze | Dodaj

(20) Czasem bywa odwrotnie

 

3 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 67, 18 stycznia 2007 r.)

- Ale mróz!!! – zakrzyknął mężczyzna wchodząc do zakładu.

Dzwonek nad drzwiami dźwięczał jeszcze, gdy on przytupywał energicznie na progu strzepując w pośpiechu resztki śniegu z butów, po czym szybko zamknął za sobą drzwi. Mijała właśnie dziesiąta. Ranek był bardzo leniwy. Temperatura w nocy spadła do minus trzydziestu sześciu stopni i... ludzie przestali się strzyc. To był pierwszy klient, więc może jeszcze się rozkręci. Zenek - mój pomocnik – odłożył gazetę i wstał, by pomóc klientowi zdjąć grubaśne palto z futrzanym kołnierzem.


- Taka to już nasza dola – odrzekłem podchodząc do fotela przed lustrem - Kanada... ale za to lata mamy piękne.
Klient usiadł w fotelu. Założyłem mu serwetkę na szyję i spytałem dla formalności:

- Strzyżenie? 


- Tak – odparł - polecił mi pana mój kolega z pracy. Mówił o panu takie dobre rzeczy...


- Kto taki? – spytałem.


- Farshad.


- Pamiętam, pamiętam, nieczęsto przychodzi, ale włosy ma piękne, czarne. Jak mu się powodzi?


- Niestety źle... właśnie go zwolnili z pracy - klient rozluźnił sobie serwetkę pod brodą - nie uwierzy pan za co!


Spojrzałem pytająco w odbitą w lustrze twarz klienta.


- Za to, że przyjechał do Kanady z Syrii.

Dwadzieścia lat chłopak pracuje i teraz nagle zaczęli się go bać.


Mężczyzna poruszył się niespokojnie.


- Syria – kontynuował - jest na liście krajów, z którymi Stany mają na pieńku, a nasza firma współpracuje z amerykańskim koncernem. U nas więc też obowiązują ich normy, a oni postanowili sobie, że w kluczowych gałęziach przemysłu nie będą zatrudniali obywateli amerykańskich pochodzących z krajów umieszczonych na czarnej liście. Są tam Iran, Haiti, Wenezuela i wiele innych państw.


- W niespokojnych czasach żyjemy – odparłem – wygląda na to, że polityka Stanów Zjednoczonych nie jest tak do końca przemyślana. Konsekwencje ich działalności na świecie są bardzo trudne do przewidzenia.


- Może i tak, ale to, co zrobili Farshadowi, to paranoja.


Mężczyzna się zdenerwował. 


- Psychoza... zbiorowa psychoza – strzygłem podnosząc włosy grzebieniem, nożyczki szczękały dookoła głowy klienta. Zenek siedział w poczekalni popijając kawę. Z radia dobiegały dźwięki muzyki.


- W Polsce nie jest inaczej – podjąłem po chwili – też paranoja. Jak nie zwalniają, to dymisjonują. Jak nie dymisjonują, to...


Dzwonek u drzwi znów się odezwał. Mroźne powietrze wtargnęło do zakładu wraz z nowym klientem. Zenek spojrzał ku drzwiom i się nie ruszył, ale uśmiech pojawił się na jego twarzy. To był Jacek, kolega Zenka.


- Dzień dobry panie Julianie - Jacek ściągnął żółtą puchową kurtkę, rzucił ją na fotel i usiadł obok Zenka. 


- Co słychać? – spytał.


- Eee, stara bida - Zenek odłożył gazetę - tyle tylko, że fajnie mamy, że mieszkamy tu, a nie w Polsce, co?


Jacek zaśmiał się szczerze i zgodził z przedmówcą. 


- Ja też wolę nasz mróz od klimatu panującego w Polsce... if you know what I mean.


Przysłuchiwałem się przez chwilę rozmowie młodych ludzi. Rozmawiali na temat ostatnich wydarzeń w Polsce.


- Wygląda na to, że polski establishment polityczno-religijny ma całkiem niezły wkład w budowę ogarniającego nas nonsensu – strzepnąłem garść włosów z serwetki na podłogę - Europa się śmieje z pociągnięć polityków polskich z niepokojem oczekując rezultatów ich radosnej działalności. Patrz pan co się stało z Wielgusem.


Klient zachmurzył się i spytał:


- Nie sądzi pan, że to jest jakaś mistyfikacja? Że za dymisją biskupa nie stoją jakieś machlojki komuchów i byłych esbeków?


- Przepraszam, że się wtrącam panie Julianie - nie wytrzymał Jacek - pozwoli pan... ludzie mają tendencje do generalizowania. Szubrawca można znaleźć wszędzie... tak w strukturach kościelnych, jak i w polityce. Tak jak wszyscy ludzie nie są źli, tak i wszyscy komuniści nie są źli, ani też wszyscy duchowni nie są źli. Podobnie i w środowiskach lustracyjnych też z pewnością nie wszyscy są uczciwi. Wielu ludzi jest po prostu zagubionych, bo taka sytuacja robi im wodę z mózgu. Ci mówią jedno, ci drugie, a zwykle szaraczki, które patrzą w gorę oczekując, i całkiem słusznie, na jakiś rodzaj przykładu do naśladowania, dostają w zamian tak pomieszane sygnały, że nie dziwota, że ich niepewność zamienia się w nieufność, a ta z kolei w wrogość i agresję. Propaganda kwitnie jak za najlepszych czasów Polski socjalistycznej. Wygląda tak, jakby rozsądek przestał się liczyć. Ludzie skaczą sobie do oczu, podważają najświętsze wartości humanitarne i w imię czego? Jakiegoś bliżej niesprecyzowanego oczyszczania się z „przeszłości”? Przeszłość ma każdy i tego nie da się zmienić. Liczy się to, co teraz, i to, do czego prowadzą nasze dzisiejsze zachowania. Jeżeli IV Rzeczpospolita ma być budowana na takich wątpliwych podwalinach, to ja się bardzo cieszę, że jestem Kanadyjczykiem. Nie jestem zresztą sam. W ostatnich latach opuściło Polskę tysiące młodych ludzi i ciągle wyjeżdżają. Jak pan myśli, dlaczego? Ze szczęścia? No?


Zenek patrzył na Jacka okrągłymi oczami.


- Skąd ty się wziąłeś taki mądry?


- Mądry? - Jacek żachnął się spoglądając to na mnie, to na Zenka - mam telewizję satelitarną, to wiem. Na internecie też jest dużo interesujących blogów. Można się dużo dowiedzieć.


- Kto by tam miał na to czas... - Zenek dolał sobie kawy. 
Nie jest z nami jeszcze tak źle – pomyślałem - jak mamy młodych ludzi jak Jacek. Paranoiczne zachowania, takie jak z Farshadem (jak Arab, to zły), zawsze miały miejsce w sytuacjach wyjątkowych. Rację ma Jacek, że ludzie mają tendencje do generalizowania i jak się na czymś sparzą, to poźniej dmuchają nawet na zimne. I ciężko jest czasem pojąć przeciętnemu człowiekowi, że wszystko czerwone nie jest wcale złe, a czarne dobre. Czasem bywa odwrotnie. I to bardzo odwrotnie.


Kończyłem strzyżenie. Zenek wstał i chwycił za szczotkę. Szła kolej na Jacka.

Komentarze | Dodaj

(19) Konflikt

 

2 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 64, 7 września 2006 r.)

Gorące lato mamy w tym roku. W mieście jeszcze nie jest tak źle, bo wszędzie jest klimatyzacja, ale dookoła płoną lasy. Są miejsca gdzie już od trzech tygodni nie spadła kropla deszczu i temperatura dzień w dzień powyżej 30 stopni. Wystarczy iskra i tragedia gotowa. Mówiąc o tragediach - Bliski Wschód. Niespokojny to region z problemami, jakich nie życzyłbym największemu wrogowi. Terror, zabójstwa, porwania, nienawiści tyle, że można by nią obdarzyć kilka pokoleń, a i wtedy byłoby jej za wiele. Granica libańsko izraelska płonie pożarem, którego cały świat nie może ugasić. Podziały między ludźmi są zbyt głębokie i zadawnione, żeby zlikwidować je zaraz teraz, natychmiast, jakby chciał ONZ i miliony ludzi na świecie, w tym i niektórzy moi dzisiejsi klienci.
Dzień się zaczął, jak zwykle ostatnio, od włączenia klimatyzacji. Zenek wpadł zaraz po mnie i jak zwykle zajął się uporządkowaniem poczekalni i zaparzeniem świeżej kawy. Niedługo potem przyszedł doktor Skoczylas. Dawno go u nas nie było. Stracił żonę dwa lata temu i wyjechał do dzieci. Niedawno wrócił z powrotem i wpadał czasem żeby skorzystać z moich usług, a czasem ot, tak po prostu, żeby pogadać.

- Co nowego panie doktorze - zagadnąłem, kończąc ustawianie buteleczek pod lustrem.

- Nic takiego panie Julianie, życie jakoś tak się wlecze, jakby dni nie miały końca, ale pogodę mamy piękną, więc nie jest tak źle - doktor uśmiechnął się i powiesił kapelusz na wieszaku - a co u pana?

- Praca, dom, praca, dom i tak kółko Macieju. Wie pan jak to jest, ale zmieniło się coś - wskazałem ręką na fotel - syn się wyniósł z domu. I wie pan, smutno się jakoś zrobiło i miejsca jakby dużo więcej. Więcej pustych kątów.

- Tak to jest - doktor Skoczylas usiadł w fotelu - normalna kolej rzeczy. Coś musi odejść, żeby nowe przyszło.

- W naszym wieku? - żachnąłem się - panie doktorze, co nowego może przyjść w naszym wieku?

- Coś nie ma pan dziś dobrego nastroju panie Julianie - zauważył doktor.

- E, nie jest tak źle. Zakład prosperuje dość nieźle, żona właśnie dostała nową pracę i jest tym bardzo podekscytowana, więc nie jest tak tragicznie, jakby mogło na pierwszy rzut oka wyglądać. Żeby tylko zdrowie dopisywało, to reszta będzie OK.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do zakładu weszło trzech nowych klientów. Rozsiedli się w poczekalni i kontynuując podniesionymi głosami rozmowę z ulicy rozprawiali o jakimś konflikcie, o katiuszach. Zaraz po nich przyszedł czwarty, w szarej, cienkiej, wytartej na łokciach marynarce. Usiadł z dala od tej trójki, obok ekspresu. Widać zapachniało mu kawą, bo spytał zaraz, czy może sobie nalać. Odparłem twierdząco i kontynuowałem strzyżenie doktora.

- Oni zdaje się mówią o wojnie na Bliskim Wschodzie - domyślił się doktor - teraz katiusze używa tylko Hezbollah.

- Ma pan rację - przytaknąłem i zamilkłem przysłuchując się rozmowie.

- Harper to jerk - wypalił jeden z rozmówców - jak można było powiedzieć, że odpowiedź Izraela na ataki Hezbollahu jest wyważona? Przecież od izraelskich bomb giną cywile. W tym i libańskie kobiety i dzieci - dodał jeszcze.

- A ty byś się nie bronił, jakby na ciebie ktoś napadł? - spytał na to drugi.

- Pewnie, że bym się bronił, ale nie tak żeby przy okazji cierpieli inni.

- Ha! Nie bardzo w to wierzę – do dyskusji dołączył trzeci – jak cię leją, to bijesz gdzie popadnie, byle wyjść z opresji. Nie patrzysz wtedy gdzie lądują pięści.

- No, niby racja – zgodził się drugi – może bym się wpieprzył i lał na oślep, ale dopiero jakby mi porządnie dołożyli.

- Tak właśnie było z Izraelem – znów odezwał się pierwszy – Hezbollah nękał Izrael od dłuższego czasu. Tam nie lubią Żydów, więc ich niszczą na różne sposoby. Ta akurat awantura zaczęła się od porwania żołnierzy izraelskich, ale konflikt narastał już od jakiegoś czasu i to była przysłowiowa kropla, która przelała czarę.

- Tak czy inaczej Żydzi nie mają prawa zabijać kobiet i dzieci – nie do końca zgadzał się pierwszy rozmówca – nawet wtedy, gdy się bronią przed atakami Hezbollachu.

- A dla mnie dziwne jest, ze Liban pozwala terrorystom z Hazbollahu operować ze swojego terytorium. Czy Liban nie jest w ten sposób współodpowiedzialny za takie ataki? – spytał trzeci.
Drugi podrapał się po głowie i stwierdził na poły filozoficznie:

- A kto by się tam połapał w tej ichniej polityce. Toż tam wszędzie Araby. Syria, Irak, Iran, co za różnica? Mówią, że broń i rakiety dla Hazbollahu przychodzą z Iranu! Czy tam nie ma kontroli na granicach?

Mężczyzna w szarej marynarce siedział cicho popijając kawę. Doktor Skoczylas podniósł głowę i spojrzał na mnie w lustrze.

- Ma racje - mruknął pod nosem.

- Nie śledzę tak dokładnie ostatnich wydarzeń - odparłem - mam inne kłopoty.

- Tak, czy inaczej, ten konflikt musi się skończyć. W ONZ-ecie już uchwalili, że wyślą tam międzynarodowe wojsko, żeby ich rozdzielić - podsumował rozmowę trzeci rozmówca.

Mężczyzna w szarej marynarce dopił kawę i sięgając po gazetę na stoliku powiedział cicho, jakby do siebie:

- Jakby Żydów stamtąd przegonić, to nie byłoby problemu.

Doktor Skoczylas zesztywniał w fotelu. Odstawiłem maszynkę od głowy klienta i też znieruchomiałem. Dyskutująca trójka spojrzała po sobie. Wyraźnie antysemicka uwaga mężczyzny zakończyła dyskusję na temat konfliktu Izraela z Hezbollahem. Nikt już nie kontynuował tego wątku.

- Terroryzmem nikt nigdy niczego nie osiągnął - stwierdził doktor Skoczylas i dodał ciszej - a taka postawa jaką reprezentuje to indywiduum koło ekspresu, też nie pomaga w rozwiązywaniu problemów.

Musiałem się z tym zgodzić.

- Ma pan rację, na szczęście terroryści to bardzo niewielki odsetek poszczególnych kultur, czy grup religijnych.

Rozmawialiśmy dalej półgłosem, podczas gdy z poczekalni dochodziły już tylko odgłosy muzyki radiowej i szelest przewracanych kartek.

Zawsze mnie intrygowała krótkowzroczność terrorysty. Co oprócz śmierci można osiągnąć podkładając bombę? Co, przez samobójczy zamach na życie niewinnych ludzi? Przecież w perspektywie nie osiąga się nic poza wystawieniem bardzo, delikatnie mówiąc, negatywnego świadectwa swojemu krajowi, swojej kulturze, swojej religii. W każdym kręgu kulturowym są elementy skrajne, umiarkowane i neutralne, ale wydaje się, że właśnie ekstremalne poglądy prowadzą do konfliktów. Dla ludzi zajętych przyziemnymi sprawami związanymi z codziennym życiem, „wielkie” sprawy religijno-polityczne nie mają większego znaczenia. Tu liczy się lokalny spokój i dobrobyt. W wielu rejonach przygranicznych ludzie żyja w harmonii dopóki jacyś „myśliciele” nie stworzą doktryn dyskryminujących innowierców, czy nie wprowadzą politycznie poronionych ideologii prowadzących wyłącznie do konfliktów. Są regiony, gdzie ludzie przez wieki żyją w zgodzie i gdyby nie fundamentaliści, ekstremiści, ortodoksi, klerykały czy jakiej innej maści mąciciele z zapędami do sterowania życiem innych, panowałby tam święty spokój. Starożytna i współczesna historia obfitują w przykłady krótkowzroczności politycznego i religijnego ekspansjonizmu, i co? Czy ludzie się czegoś z tego uczą? Jakoś tego na świecie nie widać. I gdzie się podziewa zwykły zdrowy rozsadek? Gdzie mądrość – nawet ta prosta, ludowa?

Doktor Skoczylas już dawno wyszedł. Trzech dyskutantów i antysemitę też ostrzygłem. Spotykają się tu wszyscy, niezależnie od poglądów, czy wyznań i traktuję ich równo. A może też powinienem stworzyć jakiś swój fryzjerski kodeks i pobierać większe opłaty od, na przykład, rudych? Mojej żonie chyba nie spodobałby się taki żart, więc może już lepiej niech zostanie tak, jak jest - Klient nasz Pan. Dzięki temu wszyscy w moim zakładzie żyją w zgodzie.

Komentarze | Dodaj

(18) Mundial i polityka

 

2 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 62, 13 lipca 2006 r.)

Dwa wydarzenia wstrząsnęły ostatnio naszym prowincjonalnym światkiem i obydwa, a jakże, były gorąco przeżywane i dyskutowane w moim zakładzie. Mistrzostwa świata w piłce nożnej i objęcie stanowiska premiera polskiego rządu przez bliźniaczego brata aktualnego prezydenta.

Przypuszczałem, że w czasie Mundialu obroty mi spadną, ale nie! Może to dzięki pomysłowi Zenka, żeby na ten czas telewizor wstawić do poczekalni. Tak zrobiliśmy i to było, co tu dużo mówić, genialne pociągnięcie. Aż do ostatniej niedzieli w zakładzie było gwarno i... skwarno, albowiem pogodę mamy ostatnio piękną. W dzień jest przeważnie pomiędzy dwadzieścia pięć i trzydzieści stopni. Celsjusza oczywiście. Telewizor pojawił się w przeddzień mistrzostw i nazajutrz nie miałem już chwili wytchnienia. Nagle wszyscy zaczęli się strzyc! I to w godzinach, gdy na ekranie kopano z entuzjazmem piłkę! Przychodzili wcześniej, żeby porozmawiać; uczciwie muszę przyznać, że nie wszyscy się strzygli. Nie miałem nic przeciwko temu, bo atmosfera tego okresu była niepowtarzalna. Dostawiłem kilka krzeseł w poczekalni i wszystko grało.

Pierwszy mecz, z Ekwadorem, Polacy niestety przegrali. Jakie było rozczarowanie! Wszyscyśmy stawiali na Polskę. Nawet tych dwóch starszych panów, którzy przyszli już po rozpoczęciu meczu, i którzy od początku twierdzili, że Polska nie ma szans, widząc entuzjazm moich „klientów”, zmienili na chwilę zdanie. Na chwilę, bo tylko do pierwszego gola. Po drugim, już zdecydowanie twierdzili, że biało-czerwoni nie wyjdą z grupy. Nikt nie podejrzewał, że to się potwierdzi. Wierzyliśmy, że pokonamy Niemców, ale jak i oni nam dołożyli, ludzie zaczęli szukać winnych. Niewielka wygrana z Kostaryką nie tylko nie pomogła piłkarzom, ale i nie poprawiła nastrojów wśród kibiców. Winnym gry Polaków był oczywiście trener. Ile wtedy padło złych słów pod adresem Pawła Janasa! On sam trochę poczuwał się do winy przepraszając publicznie kibiców za postawę Polaków na boisku. Może dlatego zaczęto go posądzać o konflikty z reprezentacją i o ukrywanie się przed ciekawskimi dziennikarzami, którzy za wszelką cenę chcieli znaleźć kozła ofiarnego. W Polsce też zaczęła się nagonka. Sam premier Marcinkiewicz zaczął widzieć potrzebę zmian organizacyjnych i personalnych w Polskim Związku Piłki Nożnej. Nie doczekał. Zmieniono go wcześniej, ale o tym później. Piłkarstwem zajęło się polskie Ministerstwo Sportu. Minister Tomasz Lipiec grzmiał ze swojej trybuny o srogich konsekwencjach dla wszystkich odpowiedzialnych za nieudolne kopanie piłki przez Polaków. Ha! Ze swojej młodości pamiętam ferowanie takich gróźb przez polskie władze państwowe w podobnych sytuacjach i co? Czy coś się zmieniło? śledztwo w sprawie korupcji w Polskim Związku Piłki Nożnej trwa od ponad roku i potrwa pewnie jeszcze długo, ale czy to coś zmieni? Czy Polacy zaczną dopiero wtedy lepiej grać? Jakoś trudno uwierzyć, że wygrać można dopiero wtedy, jak „odpowiedzialni” poniosą srogie konsekwencje.

No cóż, Niemcy za to byli dumni z Polaków. Dziwnie to może brzmi, albowiem ich obiegowa opinia o polskich emigrantach mieszkających w Niemczech nie jest zbyt wysoka. Szczególnie o tych, którzy opuścili Polskę w ciągu ostatnich dziesięciu, piętnastu lat. Deputowany CDU Jochen-Konrad Fromme napisał jednak w swoim oświadczeniu czarno na białym, że niemiecka reprezentacja piłkarska zawdzięcza swoje sukcesy na mundialu Mirosławowi Klose i Łukaszowi Podolskiemu urodzonym w Polsce! Ktoś w zakładzie stwierdził, że to zdrajcy i sprzedawczyki, ale na szczęście nikt tego bzdurnego wątku nie podjął.

Strzygłem, przysłuchując się rozmowom w poczekalni. Przerywałem często, jak w poczekalni podnosił się szum. Musiałem, bo klient też próbował odwracać głowę, żeby zobaczyć trochę akcji. Tak było aż do finałowego meczu Włochów z Francuzami. Włochy zdobyły puchar FIFA, a Francja, wzorem Polski, też zaczęła szukać winnych. Ba, niektórzy reprezentanci ojczyzny Balzaca ściągali srebrne medale z szyi natychmiast po zejściu z podium.

Kiedyś uczono mnie, że większą sztuką jest potrafić się cieszyć ze zwycięstwa rywala, niż ze swojego. Oglądając tegoroczne rozgrywki piłkarskie dochodzę do wniosku, że coś się w tym zakresie zmieniło.

Telewizor zniknął z poczekalni i moje fryzjerskie życie potoczyło się mniej więcej normalnym torem. Golenie, strzyżenie, rozmowy z klientami - nic specjalnego do czasu, gdy wybuchła bomba.

- Słyszał pan, panie Julianie, o nadchodzących zmianach w polskim rządzie? - zagadnął mnie ostatnio jeden z klientów w czasie strzyżenia.

- Coś się kroi. Lepper mówi, że coś wie, ale nie chce uprzedzać wypadków. PAP pisała o tym ostatnio.

To było w zeszłym tygodniu, a dziś w całej Europie aż huczy. Premier Marcinkiewicz podał się do dymisji, a na jego miejsce prezydent Lech Kaczyński ma desygnować swojego brata bliźniaka Jarosława! Obserwatorzy europejskiej sceny politycznej odnotowują ten fakt z nieukrywanym niepokojem.

Najbliższe Polsce Niemcy oceniają to pociągnięcie jako kolejny krok w drodze do pogorszenia stosunków nie tylko między obydwoma krajami, ale i z całą Unią Europejską. Kolejne zmiany personalne na stanowiskach ministrów spraw zagranicznych, skarbu i finansów dokonywały się bez jednoznacznego poparcia premiera Marcinkiewicza. Zastąpienie go eurosceptykiem, bratem prezydenta jest traktowane jako niedobra wiadomość dla Europy. Niemcy obawiają się, że brak doświadczenia w pracach rządu i nieprzejednana postawa nowego premiera wobec wielu istotnych dla demokracji europejskiej spraw, spowoduje dalszą izolację Polski na arenie międzynarodowej.

Wschodni sąsiad Polski, Rosja, uważa że Polska pod panowaniem braci Kaczyńskich nie będzie dobrym partnerem w dążeniu do integracji europejskiej. Zarzuca im nacjonalizm i prawicowość w poglądach, a także prowadzenie w Polsce działalności powodującej niestabilność polityczną prowadzącą do kryzysu i sterowanie procesami politycznymi dla zaspokojenia własnych ambicji. Rosjanie przewidują również pogorszenie stosunków z Białorusią, Ukrainą i Rosją.
Paryż i Bruksela twierdzą, że polityczne duo Kaczyńskich czyni Polskę jeszcze bardziej nieprzewidywalną i prognozują pogłębienie izolacji kraju na scenie europejskiej i pogorszenie polskich rynków finansowych.

Wielki Brat dzisiejszej Polski, Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, wyraża uznanie dla odchodzącego Premiera za głos umiarkowania w prawicowo-nacjonalistycznym koalicyjnym rządzie i podziela obawy dodatkowego osłabienia pozycji Polski w Unii Europejskiej w rezultacie objęcia funkcji Premiera przez Jarosława Kaczyńskiego. Krytykuje również posunięcia polskiego rządu w zakresie udziału w spotkaniu Trójkąta Weimarskiego, stanowiska Polski wobec Gazociągu Północnego między Rosją i Niemcami i niewystarczających działań dla zapewnienia dynamiki gospodarczej.

Ostatnie wydarzenia polityczne w Polsce są komentowane przez pozostałe państwa europejskie w podobnym tonie. Zauważa się skrajność poglądów politycznych Jarosława Kaczyńskiego, a jego zamiary gospodarcze budzą niepokój. Megalomańskie zapędy Jarosława do stworzenia wielkiej partii prawicowej na własny użytek i powołanie IV Rzeczpospolitej z własną konstytucją mają w obozie Kaczyńskich całkowite poparcie, a liczną opozycję nazywa się kryptokomuną.
Niektóre polskie środowiska komentują te wypowiedzi jako strachy na lachy, nieuzasadnione obawy, czy wręcz naigrawają się z komentarzy zachodnich polityków. Z politowaniem czytam takie wypowiedzi, bo to nie moja kultura. Jak mówi jeden z seniorów mojej klienteli, polska demokracja jest przynajmniej o jedno pokolenie do tyłu za demokracją tzw. zachodu i wypadałoby, żeby polscy politycy korzystali z jej doświadczeń, a nie próbowali przekonać zachód do swojej interpretacji swobód i wolności demokratycznych. Ja dodam tylko, że się z takim stanowiskiem zgodzę, acz czasami mam wrażenie, że warstwie obecnie rządzącej w kraju nie chodzi wcale o uznawanie, czy też nie daj Boże utrwalanie, wartości zachodniego modelu demokracji, tylko o coś zupełnie innego.

Komentarze | Dodaj

(17) Świetlana przyszłość

 

2 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 61, 18 maja 2006 r.)

Mam ostatnio fatalny nastrój i nie wiem, czy to wynik synchronizacji z naturą wychodzącą opornie z okresu zimy, czy po prostu zwykła, trywialna starość. Zakład prosperuje nieźle. Klientów ciągle przybywa - biznes rozwija się wprost proporcjonalnie do wieczornego bólu w krzyżach. Strzyże się coraz więcej ludzi! Nic dziwnego. Gospodarka prosperuje, dolar kanadyjski osiągnął już wartość dziewięćdziesięciu amerykańskich centów! Nie można jednak tego sukcesu przypisywać wyłącznie dobrze prosperującej gospodarce kanadyjskiej - raczej słabnącej sile nabywczej dolara USA. Wojna w Iraku odciska i tam swoje niechlubne piętno, ale ludzie czują się pewnie i rozmawiają otwarcie. W zakładzie czasem szumi jak w ulu.

Dziś ludzie dyskutowali na temat sytuacji na świecie. Atmosfera była na ogół spokojna, ale czasem ktoś zaczynał wątek, który poruszał innych klientów czekających w poczekalni na swoja kolej i zaczynała się dyskusja.

- Ja tam jestem przeciwko wojnie - stwierdził młody człowiek, pewnie student - w Afganistanie znów zginęli kanadyjscy żołnierze, a oni tam przecież wcale nie walczą. Dają się zabijać - w imię czego?

- Pokojowa misja też niesie za sobą ryzyko ponoszenia ofiar - odparł mężczyzna wyglądający na intelektualistę. Miał rogowe okulary i ciemny zarost okalający okrągłą, niemłodą już twarz.

- To przecież wiadomo. Wszędzie można zginąć, ale tam przecież zabijają naszych żołnierzy bombami i minami podkładanymi tak, żeby właśnie oni ginęli - odparł student.

- Tak to bywa, jak jeden kraj wtyka nos w sprawy drugiego - stwierdził filozoficznie sąsiad intelektualisty ubrany w ciepłą kufajkę nie pierwszej młodości. Nie było wcale zimno, ale tu nie wszystkim zależy na schludnym wyglądzie. Wielu woli raczej czuć się swobodnie i nieskrępowanie, zostawiając sztywność i elegancję dla „wyższych sfer”.

- No wie pan... z tym wtrącaniem się... - podjął wątek intelektualista, poprawiając okulary na nosie - dzisiejszy świat funkcjonuje jako całość. Powiązania gospodarcze między krajami są bardzo mocne i jak coś się zawali w systemie gospodarczym, to i zmienia się zaraz krajobraz polityczny. Już taki proces może być burzliwy, a jak do tego dodać jeszcze różnice światopoglądowe wynikające z przynależności stron do opozycyjnych grup wyznaniowych, to konflikt gotowy.

W poczekalni zapadła cisza. Widać było, że wypowiedź inteligenta dała ludziom do myślenia.

- Obojętnie z jakiego powodu ludzie giną - jak przywożą żołnierza do kraju w trumnie, to trzeba o tym ludzi informować. Nie tylko dlatego, że zginął, ale i dlatego, że będąc reprezentantem Kanady, oddał życie za sprawy ważne dla całego narodu.

Inteligent raźno pokiwał głową i zgodził się z przedmówcą.

- Myślę, że to jest rezultatem ściślejszych związków naszego obecnego, konserwatywnego rządu z administracją Busha - dodał - tam też nie pokazują trumien wracających z Iraku, ale w Stanach to się wydaje jakby bardziej uzasadnione. Ich ginie znacznie więcej i uświadamianie ludziom ilości amerykańskich żołnierzy wracających w trumnach mogłoby wzmóc aktywność zwolenników zakończenia wojny, a do tego Bush nie jest gotowy.

- Dziś w dzienniku pokazywali amerykańską działaczkę, której syn zginął w Iraku - wtrącił młody człowiek, od którego się to zaczęło. - Jest w Kanadzie i apeluje do ludzi i rządu, żeby otworzyć granice Kanady dla dezerterów armii amerykańskiej. Mówili, że jest ich dość dużo i ponoć z czasem ma być więcej!

- Kanada zawsze była krajem azylantów - odparł inteligent - ale nasz nowy premier trzyma sztamę z Bushem, więc młodzi Amerykanie nie mają dużych szans na uniknięcie przymusowego oddelegowania do działań zbrojnych na drugiej półkuli. A jak się już tam jest, to szansa na nieochotnicze zejście z tego świata staje się bardzo realna.

- Ale przynajmniej protestować mogą - dorzuciła kufajka - i działać, i nawoływać. Nikt nikomu nie zabrania wygłaszania najbardziej kontrowersyjnych opinii. Z samego Busha też można sobie publicznie kpić. A w Polsce...?

- Kto może, ten może - odparł inteligent - ale fakt, że programy satyryczne portretujące prezydenta Stanów Zjednoczonych jako kretyna pierwszej wody istnieją i mają się bardzo dobrze. David Letterman, popularny telewizyjny satyryk amerykański, przoduje w dostarczaniu widzom materiału ukazującego w ironiczno-absurdalny sposób zatrważająco niski poziom intelektualny amerykańskiego lidera. Sam Bush zresztą też zakpił z siebie zapraszając swojego sobowtóra na obiad zorganizowany przez Biały Dom dla korespondentów prasowych.

- Ubaw po pachy - zaśmiał się młody człowiek - to było świetne pociągnięcie!

- Polakom też nie brakuje poczucia humoru. Z naszych bliźniaków nabija się duża część narodu, ale, ma pan rację - inteligent zwrócił się do kufajki - nie sadzę, żeby to miało takie odbicie w polskich środkach masowego przekazu, jakie ma krytyka Busha w mediach amerykańskich.

Facet w kufajce uśmiechnął się i odparł:

- A słyszał pan o najnowszym wydarzeniu w polskiej polityce? Toż to dopiero kabaret!

- Mówi pan o powołaniu Leppera na stanowisko wicepremiera? - zgadł bez trudu inteligent.

- Tak! - potwierdziła kufajka - czy to nie kpina? Toż ten człowiek już tyle namieszał w Polsce, a teraz jest w najwyższych władzach!

- No... - zawahał się inteligent - ja bym ostrożniej stawiał takie sądy. Fakt, że Lepper był kilkakrotnie karany sądownie i nawet siedział za swoje przewinienia, ale ten człowiek ma dość poważne poparcie w narodzie.

Młody człowiek prychnął, poruszył się niespokojnie i dorzucił szybko: - I jak to właściwie świadczy o narodzie? Jak o prezydencie?

- Istny kabaret - zachichotała kufajka - jak w Stanach.

- Przynajmniej w dziedzinie humoru jesteśmy równi Amerykanom - z uśmiechem podsumował rozmowę inteligent i zawołany na fryzjerski fotel, opuścił poczekalnię.

Jakie to życie jest poplątane. Najwyższe idee wiążą się z najpodlejszymi pociągnięciami, najszczytniejsze cele z najbrudniejszymi zbrodniami. Ludzkie tragedie wpisują się w losy narodów, groby flankują drogę do świetlanej przyszłości, a tej i tak nie widać. Nawet w najdalszej perspektywie. Ale to nic. Nie ma się co smucić. Mamy wszak... ponoć... przynajmniej dla wybranych... biblijny raj.

Komentarze | Dodaj

(16) Demokracja

 

2 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 57, 24 listopada 2005 r.)

W ostatnim odcinku pisałem o dyskusji moich klientów na temat wyborów prezydenckich w Polsce. Później byłem taki zajęty, że nie miałem czasu usiąść i przelać na papier emocjonalnych rozmów prowadzonych w moim zakładzie po wyborach, a było ich już kilka. Trochę czasu minęło od wymiany ekipy rządzącej w Warszawie. Emocje wyborcze opadły i z perspektywy czasu, wydaje się, że można pokusić się o pewien rodzaj podsumowania tego, w końcu przełomowego, wydarzenia.

Opinie o nowym prezydencie były bardzo podzielone. Wcale nie byłem tym zaskoczony. Przysłuchując się gorącej czasem wymianie poglądów, prawdziwość powiedzenia gdzie dwóch Polaków, tam trzy opinie sprawdzała się w całej swojej niechlubnej rozciągłości.

- Kaczyński wygrał! - zawołał od progu mój pomocnik Zenek, wbiegając jak zwykle z impetem do zakładu.

- Dzień dobry - odparłem porządkując szczotki na półkach. Zenek był bardzo emocjonalnym młodym człowiekiem, który nie obawiał się mówić, co myśli. Czasem zapominał o podstawowych zasadach dobrego wychowania - młodzi...

- Dzień dobry, panie Julianie - żachnął się. Zdjął kurtkę, powiesił ją na haku przy ekspresie do kawy, założył fartuch i spytał:

- Co pan myśli o wynikach wyborów?
Prawdę mówiąc, jakoś niewiele mnie obchodziły te wyniki. Polacy w kraju sami sobie gotują los i będą mieli tak, jak sobie pościelą. Nikogo „z zewnątrz” nie można dziś obarczać winą za niepowodzenia gospodarcze i afery polityczne. Kiedyś wystarczyło zwalić wszystko na Ruskich, później na komuchów, a teraz przyjdzie spojrzeć na samych siebie i zobaczyć, ile naprawdę jesteśmy warci.

- Ano wygrał - przytaknąłem - i zobaczymy jak potoczą się losy Polski pod rządami nowego prezydenta.

Brzęknął dzwonek u drzwi i do zakładu wszedł dość elegancko ubrany mężczyzna. Miał siwe włosy, wysokie czoło i okulary zasłaniające większość twarzy.

- Dzień dobry - powiedział, zdjął płaszcz i spytał czy może usiąść na fotel.

Zacząłem strzyżenie. W poczekalni przybywało klientów. Było ich chyba z sześciu, jak zaczęła się dyskusja. Zenek wyłożył na stół w poczekalni plik najnowszych gazet z Polski i się zaczęło.

- Zobacz pan - odezwał się mężczyzna w dżinsach do swojego sąsiada, wskazując na uśmiechniętą twarz Kaczyńskiego spoglądającego z okładki jakiegoś miesięcznika - czy on nie budzi zaufania?

- Twarzą nie wygrywa się wyborów - odparł sąsiad wyglądający na intelektualistę.

- Jak nie? - wahając nie zgodził się mężczyzna w dżinsach.

- Pewnie, że nie. Jakby tak było, to Kaczyński nigdy by nie wygrał. Taka misiowata twarz przemawia tylko do niewielu. Trzeba mieć jeszcze dobry program, żeby reprezentować sobą poziom do zaakceptowania przez masy.

- Program, smogram - zdenerwował się - ważne, że wygrał.

- Z tym wygraniem to racja, ale to przecież wcale nie znaczy, że jest akceptowany przez wszystkich Polaków. Nie wiadomo, co myśli kilka milionów wyborców, którzy nie poszli do urn.

Mężczyzna, którego strzygłem, poruszył się niespokojnie w fotelu i mruknął:

- No właśnie, tak to jest z tą pseudo demokracją, dzięki której dochodzą do władzy osoby najmniej do tego predysponowane.

Strzygłem dalej, pilnie słuchając, ale nie miałem ochoty brać udziału w dyskusji. W poczekalni na chwilę zapadła cisza. Słychać było szelest przewracanych kartek. Z radia koło ekspresu dobiegała cicha muzyka.

- Z tą frekwencją w czasie głosowania na prezydenta to była jawna kompromitacja - zaczął nieśmiało kolejny rozmówca w skórzanej kurtce, zwracając się do inteligenta - w Iraku w czasie głosowania na konstytucję strzelano do ludzi i frekwencja była wyższa niż w Polsce.

- No właśnie - wpadł mu w słowo inteligent - i o czym to świadczy? Myślę, że Polacy nie głosując też zagłosowali. Było to swego rodzaju wotum nieufności dla animatorów polskiej sceny politycznej. Próba pokazania, że ktoś się nie zgadza z tym, co się dzieje w Polsce. Nie tak, jak niektórzy obserwatorzy sugerują, że Polacy mają gdzieś urny wyborcze. Jak byłoby na kogo głosować, to ludzie by oddawali głosy.

- Niestety, nieoddane głosy, a raczej nieistniejące głosy oddane na nieistniejących polityków, nie liczą się w kształtowaniu kraju - zauważył starszy mężczyzna siedzący pod ścianą - ludzie nie poszli do urn, bo skreślanie wszystkich kandydatów na liście nie ma sensu. Szkoda zachodu, bo przecież taki zabieg i tak nie zlikwiduje bałaganu politycznego w Polsce.

- Oj, racja z tym bałaganem - potwierdził mężczyzna w skórzanej kurtce - zobacz pan, Kaczyński jeszcze nie jest na urzędzie, a jego działalność już wywołuje wiele zamieszania. Zobacz pan, na przykład z tą kapitułą Orderu Orła Białego. Mówią, że to jeden z najstarszych i najbardziej dystyngowanych orderów na świecie! A teraz, jak Kaczyński twierdzi, że obecny prezydent wiesza go tylko na piersiach zasłużonych dla PRL, to kanclerz kapituły, profesor filozofii, nie pamiętam jak jej było, zrezygnowała. Mówi, że komentarze Kaczyńskiego obrażają kapitułę i nie widzi możliwości współpracy z nowym prezydentem.
Mężczyzna w dżinsach patrzył po twarzach z miną jakby niczego nie rozumiał.

- Przecież Kaczyński chce dobrze! - prawie zawołał - z tymi aparatczykami trzeba się rozliczyć, bo jak tak dalej pójdzie, to komuna z masonerią z Unii Europejskiej będzie nami rządzić!

- A temu, co odbiło - odezwał się znów klient, którego strzygłem.

Pociągnąłem go za ucho, tnąc nożyczkami tuż przy skórze i klient znieruchomiał.

- Komuniści też chcieli dobrze i co wyszło - wtrącił starszy pan spod ściany - a propos Unii Europejskiej - dodał - polski bałagan polityczny, o którym panowie wspominali, wychodzi już poza granice Polski. Słyszeliście o awanturze w Parlamencie Europejskim w Strasburgu? Liga Polskich Rodzin zaprezentowała tam żenującą wystawę na temat aborcji...

- Nic nie wiem, o co tam chodziło? - spytała skórzana kurtka.

Mężczyzna w dżinsach skrzywił się, podniósł z kolan gazetę, założył z rozmachem nogę na nogę i zaczął ostentacyjnie przewracać kartki.

- LPR zilustrowała swoje dążenia do ochrony płodu zdjęciem dzieci z obozu koncentracyjnego z podpisem „Największym zagrożeniem pokoju w dzisiejszym świecie jest aborcja”. Wywołało to olbrzymią falę oburzenia i postawiło oficjalnych przedstawicieli Polski na forum europejskim w stan, delikatnie mówiąc, nie do pozazdroszczenia. Wystawę zdjęto, ale niesmak pozostanie na długo.
Mężczyzna, którego strzygłem znów poruszył się niespokojnie.

- Niestety, tak wychodzi, jak się buduje swój kraj, naśladując ślepo systemy wyżej rozwiniętych krajów - mruknął pod nosem.
Nie reagowałem, a klient kontynuował.

- Tylko analfabeci polityczni mogą twierdzić, że kraje Zachodu są państwami demokratycznymi. Co to za demokracja, kiedy politycy podczas kampanii wyborczej mówią co innego, a po wyborach robią co innego! Albo to, że tylko bardzo bogaty człowiek może kandydować na prezydenta. Żeby mnie kto spytał, to bym im tam powiedział, co mają robić.

Co za naiwniak, gdzie on żyje? - pomyślałem - ilu w naszym narodzie jest takich „ekspertów”. Tylko czemu on mieszka tu, a nie tam? Pewnie tu mu lepiej, ale przecież stąd też można podzielić się korespondencyjnie swoją „mądrością” z prezydentem-elektem. Churchill, zaliczany do grona najwybitniejszych polityków wszechczasów, uważał, że mimo swoich wad, demokracja, w porównaniu z innymi formami sprawowania rządów, jest najlepszym systemem. Tylko demokracja zapewnia właściwy balans między udziałem obywateli w rządzeniu, a sprawnością całego systemu, ale taki tu przecież wie lepiej. Ironia sama cisnęła się na usta. Chciałem go spytać, czy by przypadkiem nie chciał poinstruować polskiego rządu, jak powinien rządzić, żeby zapewnić ludziom godziwe życie, ale dałem sobie spokój. Jakoś nie miałem dziś ochoty wdawać się w dyskusje.

Wielu jest takich „znawców tematu” rozsianych po świecie, a już najgorsi są ci nawiedzeni, którzy święcie wierzą w swoje racje. Tacy dokładnie wiedzą jak powinien żyć sąsiad, a jeszcze jak czują w sobie siłę misjonarza dającego sobie prawo do nawracania świata na swoją „wiarę”, to... drżyjcie narody... hej... toż to przecież powtórka z historii. Już wiadomo, że to się dobrze nie kończy.
Ciekawe, czy kiedykolwiek robiono badania statystyczne na temat ilości ludzi wykazujących się wystarczającym poziomem kultury i wiedzy, czy znajomością tematu, żeby się wypowiadać publicznie i na dodatek jeszcze autorytatywnie.
świat jest piękny, i żeby jeszcze energię traconą na zwalczanie tego, co dzieli włożyć w umacnianie tego, co łączy, to byłoby jeszcze piękniej. Jak na razie jednak nie widać, żeby w Polsce ktoś szukał tego, co łączy. Nie ma więc czego umacniać. Siłą i manipulacją można wyeliminować przeciwnika z gry i zaprowadzić swój porządek, ale prawdziwą sztuką jest dojść z adwersarzem do porozumienia, i mimo różnic, działać razem.

Komentarze | Dodaj

(15) Wybory

 

2 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 56, 13 października 2005 r.)

Burza przyszła tak nagle, że nikt się jej nie spodziewał. Meteorolodzy co prawda ostrzegali przed opadami śniegu we wrześniu, gdy temperatura ciągle jeszcze była po stronie plusa, ale kto by wierzył meteorologom. Sierpień był przecież taki upalny! Jeszcze wczoraj było ciepło - dwadzieścia cztery stopnie, a dziś jest szaro i smutno. Śnieg przemieszany z deszczem padał całą noc. Na szczęście było na tyle ciepło, że biały puch znikał w kontakcie z nagrzaną ciepłem lata ziemią i było tylko mokro. Ruch więc w mieście nie zelżał. U mnie w zakładzie też, ale burza jakoś chyba udzieliła się moim klientom, bo w poczekalni było okresami bardzo burzliwie. Ktoś wspomniał nazwisko Tuska, kandydata na stanowisko prezydenta Rzeczypospolitej. Wyraził się o nim, o ile dobrze pamiętam, że jest najwłaściwszym pod względem intelektualnym i światopoglądowym człowiekiem, by stanąć na czele państwa leżącego w samym środku jednoczącej się Europy.

- Co pan gadasz! - odezwał się podniesionym głosem mężczyzna w szarej kurtce siedzący w fotelu pod oknem - przecież to sprzedawczyk, który zmienia poglądy jak rękawiczki! Niech nas Bóg broni przed takim prezydentem.

Zwolennik Donalda Tuska spojrzał zaskoczony w kierunku rozmówcy, wzdrygnął się i zamilkł.

- A kogo by pan widział na urzędzie prezydenckim? - spytał młody brunet siedzący z założonymi rękami przy ekspresie do kawy.

- Kaczyńskiego - odparł mężczyzna buńczucznie, prostując się w fotelu - ksiądz mówił o nim takie dobre rzeczy - dodał jeszcze, spoglądając w kierunku człowieka, który zaczął dyskusję.

- A myśli pan, że Kaczyński jest lepszy? - podjął rozmowę młody człowiek i dodał sarkastycznie:

- Przecież to farbowany lis. Z jednej strony obiecuje najwspanialsze osiągnięcia socjalizmu: podatek progresywny, nieodpłatne studia, bezpłatną służbę zdrowia, a z drugiej zaś wchodzi w jakieś cichociemne układy z Radiem Maryja, które nagle, ni z tego, ni z owego, zaczęło go popierać. Na dodatek ma jeszcze jakieś konszachty z półświatkiem. Nie słyszał pan o tym, że kazał wypuścić z więzienia w Sopocie bandytę, który wziął sprawiedliwość w swoje ręce; odszukał złodziei, którzy mu podpadli i z pomocą swoich kolesiów, ciężko ich pobił!!! Posadzili go za to, ale niedługo sobie posiedział.

- Nie słyszałem... zresztą, kto by tam słuchał takich bzdur - żachnął się mężczyzna w szarej kurtce - ksiądz mówi, że nawet Papież modli się za wygraną Kaczyńskiego.

- Papież wcale nie modli się za Kaczyńskiego! - nie wytrzymał sojusznik Tuska - Papież tylko ogólnie skomentował wybory w Polsce, mając nadzieję, że spełni się to, czego chce polski naród.

- No i się spełni. Polacy chcą Kaczyńskiego. On ukręci głowę wszystkim bandytom, gejom i zboczeńcom. Nareszcie będzie czapa dla morderców - odpaliła szara kurtka.

Mój klient pokręcił głową i spojrzał na mnie z ukosa. Odstawiłem na chwilę nożyczki od strzyżonej głowy i wyszeptałem:

- To nie pierwszy raz. Tu czasem dochodzi do takiej gorącej wymiany zdań.

Klient uśmiechnął się, a fan Tuska, jakby nie słuchając swojego rozmówcy, dodał:

- Kaczyński, próbując zdobyć poparcie wyznawców Kościoła, posłużył się w swojej kampanii chwytem krytykowanym przez samego biskupa Pieronka, który publicznie stwierdził, że nie ma nic paskudniejszego niż podpieranie się przez polityków autorytetem Kościoła.

Obserwowałem w lustrze rozmowę moich klientów i dziwiłem się, jak głęboko obchodzą ich sprawy dziejące się w końcu na drugiej półkuli.

- Ta kawa, to dla klientów? - spytał młody człowiek wskazując na ekspres.

Pokiwałem głową.

- Można? - spytał znów.

- Oczywiście - zgodziłem się.

Nalał sobie kubek gorącej kawy, wsypał torebkę cukru, zamieszał i zwracając się do szarej kurtki zagadnął:

- Geje to też ludzie.

- Wiem, że ludzie. Co to ja głupi jestem? - zdenerwował się mężczyzna w szarej kurtce - tylko nienormalni są i leczyć ich trzeba, a nie pozwalać się żenić. Kaczyński zrobi z nimi porządek.

Zwolennik Tuska znów nie wytrzymał.

- Szanowny panie - wycedził - liczący się kandydaci na prezydenta Polski są przeciwko legalizacji związków homoseksualnych. Jeśli zaś chodzi o możliwość wygrania wyborów, to Tusk ma tę przewagę nad Kaczyńskim, że popiera wolność słowa, wyznania i poglądów, no i nie obiecuje ewidentnych gruszek na wierzbie. Z pustego i Salomon nie naleje.

- Wolność wyznania? - zdziwiła się szara kurtka - przecież każdy Polak w Polsce może być katolikiem! Czy ktoś komuś zabrania chodzić do kościoła?
Zwolennik Tuska pokręcił z politowaniem głową. Młodzian siorbnął kawę z kubka i zapadła cisza. Facet w szarej kurtce rozglądał się po zakładzie, strzelając nerwowo palcami.

- Tak czy inaczej, do urn trzeba będzie pójść i wybrać kogoś, kto zadośćuczyni naszym życzeniom - odezwał się z boku blondyn w mocno wytartych dżinsach - a jak komuś się nie podoba Tusk czy Kaczyński, to na liście będzie miał jeszcze do wyboru dwunastu innych kandydatów.

Uśmiechnął się szelmowsko i dodał:

- Tylko żeby nie wybrał nieszczęśnika, któremu się zginęło w wypadku i którego nie usunięto z listy, bo już była w druku - zachichotał.

- Zresztą u nas i tak się nie da głosować - dodał jakby do siebie - za daleko do urn.

Dokończyłem strzyżenie. Klient zapłacił i wyszedł, a ja poprosiłem następnego delikwenta na fotel.

Wybory prezydenckie w Polsce są i u nas „gorącym” tematem. Nie mamy jednak zbyt dużego wpływu na to, co dzieje się w starym kraju. Z kanadyjskiej perspektywy wszak, paradoksalnym wydaje się, że partia, która postuluje zasady solidarności społecznej, model państwa opiekuńczego, obronę praw pracowniczych, oddzielenie religii od państwa, utworzenie państwa neutralnego światopoglądowo, jawność informacji zawartych w teczkach urzędów państwowych, wyznawanie zasad tolerancji światopoglądowej i równego statusu kobiet i mężczyzn oraz szacunku i akceptacji dla mniejszości, czyli wartości na których zbudowano współczesną demokratyczną Kanadę (uznawaną za jedno z najlepiej funkcjonujących państw na świecie) rządzoną na zmianę raz przez konserwatystów, raz przez liberałów, w Polsce jest na samym dole list rankingowych i nie ma żadnych szans na zdobycie poparcia wśród Polaków.

Ktoś powie, że to nic dziwnego. Ta demokracja dopiero się rodzi. Sama ilość partii politycznych pretendujących do sterowania polskim życiem publicznym świadczy o trudnościach, jakie mają Polacy w sformułowaniu celów, do których chcą dążyć jako naród.

Już starożytni myśliciele zauważyli, że w polityce chodzi o to, żeby obywatele byli syci, szczęśliwi i dowartościowani. I w końcu o to chyba chodzi, a czy rządzą liberałowie, czy konserwatyści... „who cares”. Wybory zawsze wygra ten, kto obieca ludziom, że będzie im się lepiej żyło.

A więc do urn obywatele!!!

Komentarze | Dodaj

(14) Ten trzeci

 

2 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 53, 23 czerwca 2005 r.)

- Panie Tomaszu, kto sieje wiatr, ten burzę zbiera. Do widzenia panu.

Pożegnałem klienta narzekającego na nieprzychylność środowiska, w którym się obracał.

Facet był intrygantem, który miał zwyczaj obgadywania innych, często mało sobie znanych ludzi, za ich plecami i dziwił się potem, że nie ma tak szerokiego respektu na jaki, jego zdaniem, zasługiwał.

- Kto następny? - zwróciłem się w kierunku poczekalni.

Z ławki pod ścianą podniósł się poważnie wyglądający mężczyzna w „kwiecie wieku”. Mógł mieć może 45, może 50 lat. Nie wyglądało, żeby potrzebował strzyżenia, ale poprosiłem go na fotel.

- Co będzie? - spytałem - strzyżenie, golenie?

- Strzyżenie poproszę.

Zarzuciłem serwetkę na piersi klienta.

- Przecież niedawno ktoś już pana strzygł. I to nie byłem ja!

Rozpoznałbym swoje strzyżenie, choćbym nawet stracił pamięć do twarzy.

- No... - zawahał się klient - ...właściwie to tak, ale może by pan coś poprawił? Wydaje mi się, że baczki są nierówne.

- Nic podobnego - spojrzałem w lustro zza pleców klienta - są równiutkie, jakby cięte przy poziomicy - zażartowałem, a klient się zmieszał.

- Wie pan... - zaczął niepewnie - ...bo ja... właściwie przyszedłem, żeby z panem porozmawiać. Słynie pan z dobrych rad udzielanych klientom, a ja akurat potrzebuję rady kogoś bezstronnego.

- Ktoś mnie panu polecał?

- Tak, ale... - zamilkł na chwilę - porozmawiamy?

- Pewnie, że tak! - nigdy jeszcze nie odmówiłem człowiekowi w potrzebie - ale widzi pan ilu jeszcze klientów w poczekalni. Proszę wpaść później. Zamykam o szóstej. Możemy wtedy posiedzieć spokojnie przy kawie. Wpadnie pan?

- Oczywiście, że wpadnę!

Mężczyzna uśmiechnął się, wstał i wyszedł. Dokładnie o szóstej pojawił się w drzwiach.

- Można? - zawołał od progu.

Byłem zajęty sprzątaniem, radio grało dość głośno, więc nie usłyszałem dzwonka.

- Proszę, proszę! - zawołałem - zaraz wyłączę to pudło. Proszę siadać - wskazałem na fotel w poczekalni - kawy?

Mężczyzna zdjął kurtkę i usiadł w fotelu.

- Bardzo proszę - odparł i dodał szybko - ale pan też się napije?

- Pewnie. Zaraz podaję.

Zakręciłem się koło ekspresu. Za chwilę była kawa. Mężczyzna rozsunął gazety na stoliku. Postawiłem przed nim filiżankę i usiadłem naprzeciwko.

- Ale pogoda, co? - pogoda jest zawsze najbezpieczniejszym otwarciem konwersacji. Wszak wszyscy o niej wiedzą wszystko.

- Gorąco... No cóż, to przecież lato. Jest przepięknie, ale ja jakoś nie mogę się tym cieszyć.

- Dlaczego, panie... - zawiesiłem głos.
Zapadła cisza. Mężczyzna spojrzał na mnie niepewnie...

- Aaaa... Edward, mam na imię Edward - odparł szybko.

- Julian - przedstawiłem się.

- Wiem, wszyscy tu pana znają.

- No więc, panie Edwardzie - kontynuowałem - przecież wystarczy wyjść na zewnątrz i poddać się przyrodzie. Ona resztę za nas zrobi.

- Żeby to było takie proste - mężczyzna zażartował smętnie.

- Wal pan, panie Edwardzie - zachęciłem go, ale jemu się wcale nie spieszyło. Pomilczał chwilę. Popił kawy. W końcu odparł:

- Musiałbym chyba zacząć całą historię od początku. Chciałbym, żeby pan wiedział wszystko. Oczywiście to, co powiem, zostanie między nami?

Zapewniłem go, że opowieści zasłyszane od klientów są deponowane wyłącznie w moich szarych komórkach i nie wychodzą stąd nigdzie, pod żadnym pozorem.

Uśmiechnął się uspokojony.

- Bohaterami mojej opowieści są małżeństwo z piętnastoletnim stażem, ośmioletnie dziecko i... - zawahał się na sekundę - ...ten trzeci - strzelił i spojrzał na mnie.

Podniosłem filiżankę do ust. Wziąłem długi łyk i czekałem na dalszy ciąg. Edward odetchnął jakby z ulgą. Widać uznał, że nic w tym nadzwyczajnego nie widziałem, więc znów podjął.

- Znam ich od dawna. Właściwie znam tylko Annę. Pracujemy razem. Jej męża i syna spotkałem tylko raz na pikniku organizowanym przez nasze biuro. Od tego czasu właściwie nie miałem z nimi kontaktu. Z Anną przyjaźnimy się od lat, więc opowiada mi o swoim życiu. Nie uwierzy pan, ile można opowiedzieć sobie w czasie lunchu.

Edward uśmiechnął się szeroko do swoich myśli i po chwili kontynuował:

- Nie za dobrze im się układa. Mąż mówi, że ją kocha, ale poza grzecznościowymi zwrotami, nic już ich od kilku lat nie łączy. Anna ma tego dość i marzy jej się wielka miłość, czułość, wspólne spędzanie czasu, wszystko to, czego już z mężem nie ma. Gdyby nie dziecko, to zostawiłaby faceta jak nic!

- A próbowała z nim rozmawiać? Powiedzieć mu o swoich potrzebach?

- Próbowała, ale on uważa, że czas młodzieńczej miłości minął i że nie będzie się do niczego zmuszał, tylko dlatego, że ona chce. Woli chodzić z synem na ryby.

- Wygląda na to, że jest niezłym egoistą - stwierdziłem, dopijając kawę.

- Też tak jej powiedziałem, ale Anna uważa, że to nie ma nic wspólnego z egoizmem. Mąż pracuje, zajmuje się domem i dzieckiem, któremu poświęca bardzo dużo czasu. Ponoć gotuje też czasem, więc egoistą chyba nie jest. Tylko ją wyłączył ze swojego życia i kobieta czuje się opuszczona.

- Czemu więc nie znajdzie sobie kogoś, kto da jej to, czego szuka.

- Widzi pan, panie Julianie, tu właśnie zaczyna się problem. Anna nie chce odejść od męża, bo myśli, że dziecko powinno mieć normalną rodzinę. Twierdzi, że mąż jest bardzo dobrym ojcem i siebie również uważa za dobrą matkę. Spędza z synem każdą wolną chwilę, a on za nią przepada. Tylko z mężem nie dzieli już ani łoża, ani życia.

- Czy to jest normalna rodzina? - wpadłem Edwardowi w słowo - czy taka sytuacja jest dobra dla dziecka? Przecież ono widzi, że rodzice nie żyją razem. Nawet jeśli ukrywają swoje problemy przed nim, to przecież ono czuje, że coś między nimi jest nie tak, jak trzeba. I Anna, jako człowiek z krwi i kości, też ma przecież, poza obowiązkami, swoje potrzeby i prawa. Czy można być dobrymi rodzicami, nie będąc jednocześnie dobrymi małżonkami?

- No właśnie. Ich wspólne życie ogranicza się do zdawkowego „jak leci”, więc prędzej czy później, to musi się skończyć małżeńską zdradą. Zresztą Anna już zapowiedziała mężowi, że jak tak dalej pójdzie, to znajdzie sobie kogoś w zastępstwie. Odważna dziewczyna, a mnie później pyta, co z tym fantem zrobić - Edward uśmiechnął się szelmowsko - szczęście, że on nie chce tego przyjąć do wiadomości.

- A to dopiero - zdziwiłem się, bo nie spodziewałem się takiego obrotu sprawy. I co pan jej poradził?
Edward podniósł filiżankę do ust.

- Kawa już ostygła - mruknął.

- Może zrobić świeżej? - spytałem, wskazując w kierunku ekspresu.

- Nie, już nie. Nie chciałbym panu zabierać zbyt dużo czasu - Edward dopił resztkę zimnej kawy i dodał - Anna chce zapewnić dziecku jak najlepsze warunki. To jest dla niej najważniejszy cel. Jej szczęście też jest ważne, ale dla niej, teraz, drugorzędne. Ma chwalebny cel, więc namawiam ją, żeby wszelkimi siłami próbowała odbudować dobre stosunki z mężem. Zaprosić go może gdzieś. Samego. Spróbować razem odnaleźć uczucia i wartości, które łączyły ich dziesięć, piętnaście lat temu. Szukać nawet w zamierzchłej przeszłości, gdy oboje byli studentami marzącymi o wspólnym budowaniu życia. Albo, w końcu, znaleźć coś nowego, co mogłoby ich znów połączyć.

- Bardzo dobra rada, panie Edwardzie - pochwaliłem klienta - uważam, że jak się coś chce, to można to osiągnąć. Dróg do celu zawsze jest wiele. Trzeba go tylko mieć, a wtedy i droga do niego się znajdzie.

- Dobra rada? - Edward skrzywił się - a co będzie panie Julianie, jak oni nie znajdą już wspólnego celu? Co będzie, jak nie będzie już miłości, ciepła, bliskości, dotyku. Co będzie, jak to należy już do przeszłości? Czy przy cichym przyzwoleniu małżonka, Anna może budować sobie życie poza domem? Czy może udawać przed dzieckiem i tylko formalnym już wtedy mężem, że wszystko jest w porządku?

Cicho się zrobiło po tym stwierdzeniu. Nie wiedziałem co powiedzieć. Po chwili Edward odezwał się znowu.

- Ale nie to jest w tej historii najdziwniejsze... bo widzi pan, panie Julianie... tak się jakoś to życie plecie... nie powinienem... wiem... ale kocham Annę... i nie mogę jej nic z tego, co we mnie, ofiarować.

Zamurowało mnie. Tego się nie spodziewałem.

- Panie Edwardzie - zacząłem niepewnie - nie wiem, co panu doradzić. Naprawdę nie wiem.

- Nie szkodzi, panie Julianie. Nie szkodzi. Wiem, że nie da się tu nic poradzić. Sytuacja patowa.
Edward zmarkotniał i jakoś zmalał. Po chwili wyprostował się, westchnął głęboko i stwierdził filozoficznie:

- Samo życie.

- Wie pan - odparłem - myślę, że w życiu wszystko jest możliwe. Nasłuchałem się już tylu historii, że wiem... jakby to powiedzieć... wszystko co ludzkie nie jest nam obce. I wie pan... mam dla pana radę, panie Edwardzie. Właściwie to taka „rada-nie-rada”. Bo widzi pan, jak długo ludzie mają na tyle rozsądku, żeby rozmawiać ze sobą spokojnie, jak długo otwarcie i bez emocji komunikują swoje uczucia, odczucia i potrzeby, jak długo negocjują w celu znalezienia wyjścia jak najkorzystniejszego dla wszystkich, tak długo jest szansa na porozumienie i rozwiązanie nawet najbardziej skomplikowanych sytuacji. Rezultaty potrafią zadziwić nawet samych zainteresowanych. Proszę więc szczerze rozmawiać z Anną i radzić jej, żeby robiła to samo z mężem. Rozwiązania się na pewno znajdą.
Edward poruszył się niespokojnie.

- Pójdę już. Zrobiło się późno - wstał i zarzucił kurtkę na ramiona - dziękuję za rozmowę.

- Do zobaczenia i życzę... czego mogę panu życzyć?

Wytrwałości panie Julianie, chyba wytrwałości.

Komentarze | Dodaj

(13) Bill

 

2 września 2014 r.

Bolesław Łucki

(Postawy 52, 9 czerwca 2005 r.)

Byłem na siebie wściekły. Próbowałem sobie wytłumaczyć, że byłem wszak na urodzinach córki, ale... przecież mogłem i ją, i wszystkich jej gości zabrać do kina. Już trzech klientów opowiadało mi o festiwalu filmów dokumentalnych, który odbył się w Cinemateque w naszym mieście. Nie mogłem sobie darować, że tego nie zobaczyłem. Taka okazja! Wśród wyświetlanych filmów znalazł się „Street Railway Switchman”, dokument o Pawle Tomkowiczu, Polaku, który w połowie dwudziestego wieku mieszkał tu i pracował przy odśnieżaniu torów tramwajowych. Dziewięciominutowy film nakręcony przez Romana Kroitora w 1953 roku zrobił, według klientów, olbrzymie wrażenie na widzach. Ciężka praca Polaka, w porównaniu z jego optymistycznym podejściem do życia i humorystycznym zestawieniem realiów polskich z kanadyjskimi, była bardzo niezwykła i interesująca nie tylko dla przeciętnego Kanadyjczyka. Szczególnie teraz, po pięćdziesięciudwóch latach. Film dostał rzęsiste brawa. Inne filmy zresztą też. Ponoć był to bardzo udany festiwal.

Organizatorzy pokazali też współcześnie zrobiony film o lokalnym fryzjerze pt. „Bill The Barber”. Kolega po fachu, a ja nawet nie wiedziałem, że robią o nim film. Kręcili zresztą już od dawna, bo pokazano sceny sprzed pożaru, który przed laty strawił budynek mieszczący zakład fryzjerski Billa Sciaka. Głośno było o tym w całym mieście, bo Bill był od kilkudziesięciu lat fryzjerem szanowanym i uznawanym w całym mieście. Zaraz po pożarze, klienci Billa zaczęli zbiórkę pieniędzy na nowy zakład fryzjerski. Odbudowali go, a jakże, z całym antycznym wyposażeniem i kolorystyką. Zrobili to wbrew pesymizmowi przybitego tym smutnym wydarzeniem bohatera, który nie wierzył już w podjęcie zawodowej pracy. Zakład jednak był i stawić się do pracy wypadało. Pierwszym klientem Billa w nowym zakładzie fryzjerskim był ówczesny burmistrz miasta. Podeszły wiek nie pozwolił Billowi jednak długo strzyc. Zdrowie podupadało, no i zakład już przecież był zupełnie obcy. Inne zapachy, inna okolica i ludzie wkoło byli też inni. To już nie ten fotel, którego drewniane wyślizgane oparcie pasowało jak ulał do ręki po tysiąckroć zmiatającej z niego resztki włosów. Nie ta klamka u drzwi i nie ten szum z ulicy. Tylko Bill był niby ten sam. Chociaż też jakiś inny. Stary. I bez wiary w przyszłość. Miał wszak tylko ten pachnący farbą nieznajomy zakład i kilkudziesięciu wiernych klientów. Telefon jednak był ten sam. Czarny ebonit z tarczą. Z lombardu. Czy to mało, czy dużo? Gdzie jest miejsce człowieka, gdy w przeszłość odejdzie to, z czym zżył się przez tyle lat? Ile trzeba sił, żeby podnieść się po takiej stracie? Ile samozaparcia, żeby wbrew dławiącemu czasem smutkowi, szukać powodów do radości w nieznajomym już świecie? Żeby żyć i znów dla innych być. Bill nie dał rady. Przeszedł na emeryturę. Zaproszono go do obejrzenia filmu o sobie. Nie odmówił. Był na widowni. Zgarbiona sylwetka i nieodłączny uśmiech na twarzy. Zapytany po filmie o opinię odparł: „mi tam się podobało”.

Tyle dowiedziałem się od klientów. Szkoda, że informacja o takich perełkach nie dociera do wszystkich zainteresowanych, ale tak to już w życiu bywa. Nie wszystkim udało się obejrzeć festiwal, bo liczba miejsc w kinie jest ograniczona. I tak kilkadziesiąt osób odeszło od kasy z kwitkiem. Może następnym razem.

Komentarze | Dodaj