Wulkan

22 czerwca 2015 r.

Bolesław Łucki

Obecna sytuacja polityczna w Polsce ma cechy aktywnego wulkanu. Ziemia drży. Co jakiś czas pojawiają się większe wstrząsy. Żar płynącej lawy wypala ścieżkę w dwudziestopięcioletniej rzeczywistości, wywracając po drodze do góry nogami to, co udało się do tej pory osiągnąć. Nasz kraj znalazł się w samym środku wielkiego zamętu. A zamęt, jak to zamęt, wiadomo, nie będzie trwał wiecznie.

Dla obserwatorów z zewnątrz jest jasne, że Polacy są podzieleni prawie dokładnie na pół. I jedni i drudzy mają swoje ulubione partie polityczne, których programy są w miarę klarowne. Jedna partia rządzi, druga jest w permanentnej opozycji. Ogólnie wiadomo dlaczego opozycja zawsze przegrywa wybory. Dziś wygląda na to, że szala może przechylić się na drugą stronę. Sondaże wskazują, że opozycja wychodzi na prowadzenie. Wartość sondaży można podważać, ale szansa na to, że dotychczasowy przegrywający wygra wybory, jest. Co więc będzie po wyborach? Czy gdy wygra opozycja, to zamęt się skończy? Czy zacznie się nowy?

Gdyby się dobrze zastanowić (a właściwie wcale nie trzeba się głęboko zastanawiać), to przecież jest jasne, że musi istnieć co najmniej jeden powód, dla którego jakakolwiek partia przegrywa każde wybory. Czy ten powód przestał istnieć? Partia jest ta sama. Jej struktura, taka sama. Ludzie w partii, ci sami. Program partii, ten sam. Czy więc zmienili się wyborcy? Wygląda na to, że tak. Wygląda na to, że kiedyś elektorat był mniej podatny na manipulacje medialno-wyborcze.

Co się stało, że dzisiaj ludzie głosują na polityków składających niemożliwe do spełnienia obietnice? Na polityków posługujących się językiem, mającym na celu wyłącznie - jak się wydaje - przekonanie wyborców, że głosują na kogoś pokornego, skromnego, uczciwego, a więc językiem na wskroś nieuczciwym, wyuczonym na partyjnych naradach wyborczych.

Czy wyborcy są naprawdę tak łatwowierni, czy po prostu mają już tak dość dotychczasowych rządów, że jest im wszystko jedno, byle tylko coś się zmieniło? Przecież nawet przekazanie prezydenckiego autobusu potencjalnemu premierowi nieistniejącego rządu, mające być, w zamierzeniu, symbolem kontynuacji zwycięskiego marszu opozycji do władzy, okazało się symbolem zakamuflowanego planu dojścia do tej władzy.

Zerwanie z autobusu wizerunku prezydenta elekta, spod którego ukazała się twarz, rozpoczynającego dopiero kampanię wyborczą, partyjnego kandydata na premiera, musiała zdziwić nie tylko mnie. Czego to ma być symbol? No i co myśleć o partii, która wszem i wobec ogłasza, że prezydent, premier i rząd będą „nasze”, a nie Polski?

Przeczytałem gdzieś, że Polacy zasługują dokładnie na to, co mają. Nic w tym odkrywczego. Tak działa każda demokratyczna społeczność. Jeżeli ludzie nie chcą żyć tak, jak dotychczas, to zmieniają swoją rzeczywistość. A jeśli dalej żyje się im źle, to mogą mieć pretensje tylko do siebie.

Komentarze | Dodaj

Dodaj komentarz

Założenie konta jest wymagane, żeby wypowiadać się w tej witrynie. Zaloguj się, jeżeli masz już konto.