Dyrdymały (rozprawa pseudonaukowa)

25 października 2012 r.

Bolesław Łucki


Jeżeli nasza naturalna (w odróżnieniu od sztucznej, stworzonej przez człowieka) rzeczywistość naprawdę powstała w wyniku wielkiego wybuchu, to mikro i makro zjawiska zachodzące w tej rzeczywistości nie mogą być przewidywalne w wymiarze czasowym, obejmującym dane zjawisko i jego rezultat. Tak to już bywa z eksplozją.

Wielka, więc, niewiadoma towarzyszy każdemu zjawisku zachodzącemu w tej wybuchowej rzeczywistości. To z kolei otwiera szeroko drogę losowi, który reguluje bieg wydarzeń według swojego nieprzewidywalnego widzimisię, obdarzając, albo i nie, swoich wybrańców raz to szczęściem, raz to pechem czy jakim innym niedostatkiem.

Dokładnie w tym miejscu rodzi się nadzieja, albowiem, naturalnie nie było, nie ma i nie będzie na świecie nikogo, kto, w swoim mniemaniu, nie zasługiwałby na lepszy los. I ta właśnie nadzieja zrodziła wiarę w lepsze jutro. W lepsze, oczywiście, bo przecież to, co jest, nie może być legendarnym Edenem.

Poza tym, bez wiary, nadzieja na lepszy los byłaby zwykłym urojeniem.

Tak więc powstała wiara, ale powołana do życia musiała podzielić się na różne podgrupy. Sama jedna nie dawała sobie rady, gdy taka wśród ludu obfitość potrzeb i wyobraźni.

Niestety, tak rozdrobniona (czy, jak kto woli, rozbudowana), zrobiła się konkurencyjna. Zinstytucjonalizowano ją więc, za każdą postawiono siłę, pychę i najróżniejsze żądze i stało się! Lepsze jutro miast coraz bliżej być, zaczęło się oddalać.

Nadzieja wspierana miłością, pojawiającą się tu i ówdzie od samego początku, jeszcze próbuje ratować sytuację, ale nie bardzo jej to wychodzi. W końcu, poza przetrwaniem w możliwie najlepszej formie, co tak naprawdę można zrobić między eksplozją, a implozją.

Komentarze | Dodaj

Dodaj komentarz

Założenie konta jest wymagane, żeby wypowiadać się w tej witrynie. Zaloguj się, jeżeli masz już konto.