Kwestia nazewnictwa

18 października 2012 r.

Bolesław Łucki


Dużo się ostatnio dyskutuje na temat związków homoseksualnych. W Stanach Zjednoczonych też. W kilku stanach sprawa stała się jedną z bardziej nagłaśnianych stron kampanii wyborczej. W telewizji co jakiś czas pokazuje się jakiś pan czy pani by zachwalać nam gejowski stan. Chicago Tribune podaje, że już sześć stanów uznaje związki homoseksualne.

W Kanadzie związki jednopłciowe zalegalizowano w 2005 r. i... kraj funkcjonuje całkiem nieźle. Może nawet lepiej niż nieźle. Ludzie są pogodni, nic się nie zawaliło, nie rozpadło – no może ten pożar w St. Boniface, ale on chyba nic z homoseksualizmem nie miał wspólnego. Chyba, że jaki strażak miał zdrowy, acz nietypowy pociąg.

Polskie media też transmitują emocjonalne wypowiedzi polskich polityków z obu stron barykady. Czasem dyskusje wyglądają jak pyskówki i gdyby nie konwenanse, to chyba dochodziłoby do rękoczynów.

Prawdę mówiąc nie mam zielonego pojęcia o co tyle krzyku. Dlaczego ludzie skaczą sobie do oczu z powodów, które istnieją od początku świata? Chyba nikt nie wątpi w istnienie gejów od zarania dziejów. Wszyscy wiedzą, że w każdym środowisku takich par były, i ciągle są, tysiące, ba, może nawet miliony?

Trudno by było też chyba znaleźć dziś w naszym kręgu kulturowym kogoś, kto by negował prawo ludzi do sprawiedliwości społecznej. W dzisiejszych czasach nawet zbrodniarze mają swoje prawa! Ograniczone, co prawda, ale mają.

Gdyby mnie ktoś pytał, to ja mam problem z chamem, pedofilem czy hipokrytą, ale to, jak dorośli ludzie, z wolnej woli, układają sobie życie, to nie moja sprawa.

Nie moją też sprawą jest zgadzać się, czy nie zgadzać z czymś, co istnieje od zawsze i na co nie mam wpływu. Czy mój protest coś zmieni? Czy, poza zaognianiem sytuacji, te kłótnie, pochody, kontrmanifestacje mają jakikolwiek wpływ na orientacje seksualne ludzi i zmianę ich sposobu na życie?

Jedynym rozsądnym pociągnięciem byłoby umiejętne „skanalizowanie problemu”, czyli takie załatwienie sprawy by, zgodnie z kartą praw człowieka, każdy miał, chociaż mniej więcej, tyle samo wolności, praw i obowiązków. Co stoi więc na przeszkodzie by różnego rodzaju dyskryminacje zeszły wreszcie do podziemia? Jak na razie powodów wynajduje się ciągle wiele, ale chyba żaden z nich nie jest zbyt racjonalny. Nawet ten, że takie pary nie mogą mieć swojego potomstwa nie wygląda tak źle w sytuacji, gdy planeta balansuje na granicy katastrofy ekologicznej z powodu przeludnienia.

Osobiście nie mam nic przeciwko nadaniu parom homoseksualnym praw i obowiązków podobnych do tych, jakie mają małżeństwa. W końcu dlaczego mają mieć lepiej.

Nie odbierając nikomu żadnych praw ani wolności mam jednak wątpliwości czy właściwym w tej sytuacji zabiegiem jest modyfikacja wielowiekowego znaczenia terminu „małżeństwo”.

Nie wiem co na to językoznawcy, ale dla mnie to jest zamulanie języka i osłabianie klarowności znaczenia słów. W rozumieniu lingwistyki antropologicznej byłaby to raczej degradacja języka i kultury, którą reprezentuje, niż jego ewolucja.

„Małżeństwo” było słowem używanym od tysięcy lat w odniesieniu do związku kobiety z mężczyzną. Coraz powszechniejsze dziś użycie tego terminu w stosunku do związków homoseksualnych jest zjawiskiem ostatnich lat. Wiąże się ono z wprowadzaniem regulacji prawnych, będących rezultatem dążenia społeczeństw do wyeliminowania wszelkich form dyskryminacji.

Oficjalna rejestracja związków innych niż heteroseksualne ma na celu zapewnienie wszystkim ludziom równości wobec prawa, ale dlaczego nazywa się małżeństwem związek, który małżeństwem, w dotychczasowym znaczeniu, nie jest? Czy to nieporadność językowa?

Wydawałoby się, że dodanie, przed lub za słowem „małżeństwo”, kwalifikatora definiującego rodzaj związku załatwiałoby sprawę. Może częściowo tak, ale przecież mężczyzna o orientacji homoseksualnej ma swoje miano - to gej, a kobieta mająca pociąg seksualny do kobiety to lesbijka. Tu sztuka nazewnictwa zdała egzamin, a dlaczego związek homoseksualny nie ma swojej nazwy? Czy język nie nadąża za zmianami społeczno-obyczajowymi.

Ech, przydałby się nam dziś giętki język Aleksandra Fredry.

Komentarze | Dodaj

Dodaj komentarz

Założenie konta jest wymagane, żeby wypowiadać się w tej witrynie. Zaloguj się, jeżeli masz już konto.