mówię że kocham

29 grudnia 2008 r.

Bolesław Łucki

mówię że kocham nie dlatego
żeby wyznawać miłość
ale żebyś wiedziała
że jesteś kochana

Komentarze | Dodaj

To śpiewamy...

21 grudnia 2008 r.

Bolesław Łucki

Plan występów:
2008.12.19 prywatnie
2009.01.04 prywatnie
2009.01.09 prywatnie
2009.01.10 prywatnie
2009.01.24 SPK Biesiada świąteczna
2009.02.06(?) Muzeum Polskie "Ogniwo"

Komentarze (3) | Dodaj

przyjdziesz

14 grudnia 2008 r.

Bolesław Łucki

przyjdziesz jak jesień
do zapłakanego deszczem miasta
na chwilę
na dzień
może dwa
i pójdziesz
a bruk będzie błyszczał
wspomnieniem rozprysłej kropli
do końca

Komentarze (2) | Dodaj

Nasze sprawy

12 grudnia 2008 r.

Bolesław Łucki

Zakład fryzjerski pana Juliana znów zaczął działać. Zapraszam do działu "Nasze sprawy" - tu obok, po lewej stronie.

Komentarze (3) | Dodaj

To śpiewamy...

9 grudnia 2008 r.

Bolesław Łucki

Internautów zaglądających na tę stronę chciałbym poinformować o powstaniu w Winnipegu śpiewającego duetu złożonego z Ludki Marciniak, wokalistki, która większość życia spędziła ze śpiewem na ustach, podróżując po świecie za honoraria otrzymywane za występy na różnych scenach i piszącego te słowa.

Razem śpiewamy od kilku tygodni wykorzystując profesjonalne podkłady muzyczne i moją gitarę. Śpiewaliśmy już na jesiennej zabawie zorganizowanej przez Komitet Rodzicielski Sobotniej Szkoły Języka Polskiego im. Jana Pawła II (22 listopada) i na świątecznym spotkaniu zarządu PTG Sokół (6 grudnia).

Dziękujemy za zaproszenie i ciepłe przyjęcie naszej produkcji!!!

Dalsze występy są już zaplanowane na resztę grudnia, styczeń i luty. Próbujemy zdobyć więcej dobrej jakości podkładów muzycznych do polskich piosenek, żeby poszerzyć repertuar polskojęzyczny, acz nie jest to takie proste jakby się mogło wydawać. Mamy jednak nadzieję, że na styczniowe koncerty będziemy mieli przygotowanych więcej Czerwonych Gitar, Skaldów, Trubadurów, itp. czyli największych przebojów z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.

Jeszcze raz dziękujemy za niezwykle sympatyczne przyjęcie naszej działalności.

Do zobaczenia i usłyszenia wkrótce.

Komentarze (9) | Dodaj

Wolność, równość i partnerstwo

8 grudnia 2008 r.

Bolesław Łucki

Wydaje się, że obserwowany w ostatnim ćwierćwieczu spadek ilości zawieranych małżeństw i wzrost ilości rozwodów, ma jakiś związek z wyrównywaniem społecznego statusu kobiet i mężczyzn. Jeszcze pół wieku temu zdecydowanie przeważał model małżeństwa, gdzie mężczyzna zarabiał tyle, że był w stanie utrzymać rodzinę na dobrym poziomie i patriarchalny system w prawie cywilnym i kanonicznym miał się bardzo dobrze - okoliczności się powoli zmieniają. Dziś, rzadko który mężczyzna zarabia tyle, żeby jego partnerka mogła sobie pozwolić na poświęcenie życia dzieciom, domowi i partnerowi.

Sytuacja "rynkowa", czyli kompleksowe zmiany społeczne, będące wynikiem dojrzewającego do czegoś społeczeństwa, powodują, że kobiety muszą pracować - jedna część z własnej inicjatywy, druga znów, bo nie ma innego wyjścia. Zwiększająca się aktywność zawodowa (i zarobkowa) kobiet wzmacnia sytuację równości społecznej płci i, wcale nie paradoksalnie, powoli... eliminuje udział państwa i kościoła w regulowaniu układów, jakie zawierają między sobą coraz równiejsi sobie mężczyźni i kobiety. Coraz więcej par bowiem uznaje pewną wyższość zobowiązania danemu sobie nawzajem prywatnie, niż deklaracjom składanym instancjom "urzędowym", z którymi później, w najróżniejszych okolicznościach i z najróżniejszych powodów, jest tylko kłopot, czasem nawet poważny.

Partnerzy w związkach homoseksualnych nie mają takich problemów, jako że z natury rzeczy, są oni (one) sobie równi (równe). Z tego więc może powodu dążą oni do osiągnięcia praw, utrudnień i niedogodności, z jakimi borykają się pary heteroseksualne.

Rośnie więc liczba "nieoficjalnych" związków partnerskich opartych o wzajemne zaufanie i szczerość. Poza biologicznymi powinnościami narzuconymi ludziom przez naturę dbającą wyłącznie o przedłużenie gatunku, dojrzali ludzie, zarówno kobieta jak i mężczyzna, świadomie uznają swoje obowiązki wynikające z decyzji o dzieleniu swojego czasu z partnerem i dając sobie równe prawa, dochodzą do wspólnych stanowisk poprzez kompromis, czyli w miarę równe ustępstwa po obu stronach "negocjacyjnego" stołu.

Nie wszędzie wszak dzieje się tak bez zgrzytów. Żyjemy w czasach, gdy, słabnący bądź co bądź system patriarchalny, jest jeszcze ciągle niezwykle prężny i niezliczona ilość partnerskich, w zamierzeniu, związków rozpada się w wyniku prób podporządkowania jednego partnera, drugiemu - przeważnie kobiety mężczyźnie.

Wiele czasu upłynie zanim ludzie uwolnią się od zakazów, nakazów i zwyczajowo obowiązujących postaw (tradycyjnego modelu?) i stworzą świat wolny od dyskryminacji, indoktrynacji, ksenofobii i tym podobnych nieprawidłowości. Dziwnym tylko wydaje się to, że to ludzie wszak tworzą te wadliwie działające mechanizmy, którym sami się nie poddają, krytykują je, a później nawet je zwalczają. Paradoks to, czy prawidłowość?

A wracając do kwestii partnerskich związków heteroseksualnych - czy one mają dużą szansę przetrwania w społeczeństwach gdzie mężczyzna ma ciągle jeszcze więcej praw?

Komentarze | Dodaj

Problemy absztyfikanta

2 grudnia 2008 r.

Bolesław Łucki

Ponoć funkcjonuje jeszcze w części społeczeństwa mit o tym, że aby "zdobyć" kobietę, mężczyzna winien wykazać się pewnym rodzajem uporczywości w komunikowaniu potencjalnej wybrance swoich romantycznych zamiarów. Tłumaczyłoby się to, ni mniej, ni więcej, na to, że odurzony pięknem wybranki mężczyzna powinien być osobnikiem namolnym wykorzystującym nadarzające się okazje do powiadamiania obiektu swoich westchnień o swoich zamiarach.

W przypadku braku spontaniczności w naturalnym nadarzaniu się okazji, zaleca się, by takie okazje planować z pełną premedytacją, co niestety odbiera całej sytuacji wyżej wspomnianą spontaniczność, niezbędną dla stworzenia pozorów naturalności i swobody w obcowaniu mężczyzny z kobietą.

Hmmm... Tym, którzy wierzą jeszcze w ten mit, a należą do nich, na przykład, kobiety, które mają potrzebę być trochę poadorowane (bez swojego udziału) zanim zdecydują, że już czas sie "poddać", chciałbym przypomnieć (bo prawda to stara jak świat!), iż mężczyzna funkcjonuje najlepiej w zakresie adorowania białogłowy od momentu, gdy wie, że jest akceptowany. Często wystarczy takiemu pozór akceptowalności, acz winna ona (ta akceptowalność), szybko sie uprawomocnić, albowiem zwodzenie potencjalnego partnera nie owocuje sukcesem na dłuższą metę, chyba, że zwodzenie jest dla uwodzicielki celem samym w sobie. Przed tym zwrotnym punktem w życiu każdego mężczyzny (którym jest - dla przypomnienia - jego świadomość, że jest akceptowany), zachowuje sie on w jednej części jak idiota, a w drugiej, jak niedouczony absztyfikant nieposiadający języka w gębie.

Sytuację pogarsza okoliczność, gdy adorator zaczyna zauważać konkurentów do ręki (i całej reszty) swojej wybranki.

W czasach historycznych i przed, konkurenci uderzający w szranki brali się za łby i nierzadko lała się krew. Było wtedy czarne (a raczej czerwone) na białym - kobieta brała tego, który wygrał.

Dziś, w dobie, z takim wysiłkiem osiągniętych, demokracji i równouprawnienia, prócz osobistego wdzięku i talentów niezwiązanych ze sztuką operowania maczugą, w mężczyźnie liczy się to, co ma w głowie (i w portfelu) raczej niż to, jakiej wielkości posiada biceps i jakiej marki pojazd. Wydawałoby się więc, że równouprawnionej i decydującej o swoim życiu kobiecie winna wystarczyć poparta bukiecikiem oferta adoratora, by po wstępnej ewaluacji absztyfikanta zakomunikować mu przynajmniej coś w rodzaju: "jest szansa, spróbujmy - pochodzimy, zobaczymy", albo "eee... nic z tego nie będzie".

Przedłużanie niepewności wśród konkurentów może zaowocować wzrostem agresywnych zachowań i co inteligentniejsze osobniki, widząc nadchodzącą nieuchronnie konfrontację, wycofają się z wyścigu słusznie stwierdzając, iż jeśli białogłowa nie może poświęcić odrobiny czasu na zapoznanie się z walorami oferty, to widocznie nie ma na nią ochoty. Winna ona jednak być świadoma tego, iż zdając się na los, raczej niż na świadome pokierowanie swoim życiem, jej wybór ogranicza się do średniowiecznych rycerzy amantów ze wszystkimi konsekwencjami średniowiecza.

Powyższy pogląd wspiera również współczesna statystyka, według której na jednego mężczyznę przypadają prawie dwie całe kobiety, a czasem i więcej. Statystycznie wygląda na to, że to wy macie konkurentki do waszych wybrańców.

Nie zasypiajcie więc gruszek w popiele, nie zdawajcie się na to co podszeptuje wam los, czy tradycja i chwytajcie okazję, jeżeli ta sama wam wchodzi w drogę, bo druga taka może się nie zdarzyć. Czasy się zmieniają i z gry odpadają niedostosowani.

Powodzenia!

Komentarze (3) | Dodaj