Witold Gombrowicz

27 sierpnia 2016 r.

Bolesław Łucki

Z "Dziennika" Witolda Gombrowicza, pisane w latach pięćdziesiątych w Argentynie. Dedykuję Polonii w Winnipegu i nie tylko.



Komentarze | Dodaj

Piaskiem po oczach

27 sierpnia 2016 r.

Bolesław Łucki

Konrad Piasecki wrócił z urlopu i dziś poprowadził pierwszy powakacyjny program „Piaskiem po oczach”. Goście: Marek Borowski i Ludwik Dorn. Temat jak zwykle polityczny, więc nie ma o czym pisać. Moją uwagę jednak zwróciła pozytywna zmiana w operowaniu kamerami. Kadrowanie gospodarza i jego rozmówców, weszło jakby na wyższy poziom. Mam nadzieję, że to nie jednorazowy eksperyment. Teraz przynajmniej nie widać pryszczy na twarzach i piasku w oczach. W przedwakacyjnym sezonie operator kamery tak kadrował ujęcia, że gadająca głowa nie mieściła się na ekranie komputera. Być może w tym sezonie będzie lepiej.

Komentarze | Dodaj

Koniec lata

19 sierpnia 2016 r.

Bolesław Łucki

Jesień za rogiem. Choć na dworze ciągle jest prawie trzydzieści stopni, to kwiaty już zaczynają przekwitać, przygotowując nasiona do udekorowania Ziemi za następne siedem, osiem miesięcy. Moje winogrona, na przekór żarłoczności niezliczonej ilości żuczków, z zapałem wygryzających koronkowe wzory w liściach, nie poddają się. Znowu będzie dużo dżemu winogronowego. Starczy na cały rok. Znajomi też skorzystają. Lato jest wyjątkowo mokre więc wszędzie zielono. Nie ma tygodnia bez przynajmniej dwóch dni deszczowych. Myślałem, że w tym roku odświeżę nieco drewniane ściany mojego domu, ale nic z tego nie będzie. Trzeba tylko olejem lnianym zabezpieczyć odpryski, a malowanie odłożyć do następnego lata.

Olimpiada w najlepsze trwa. Od ostatniej minęły cztery lata więc nie pamiętam, czy wtedy też było tyle skandali z dopingiem. Polacy, w tej dyscyplinie, zajęli również niechlubne miejsca. Obrażonych, odesłano ich z kwitkiem do domu, podobnie jak sportowca, który przeniósł konflikty narodowe na olimpijską matę i sportowczynię (a co!) zaspokajającą nie tylko swoje potrzeby seksualne w olimpijskim łóżku olimpijczyka. Gdyby chociaż to było wszystko, ale konfliktów, tragedii, skandali, afer, machlojek i korupcji tym razem jest tyle, że starczy prawdopodobnie na obdarowanie kilku następnych olimpiad. Miało być szlachetnie i olimpijsko, a wyszło samo życie. Ale przynajmniej aktów terroru nie ma. Odpukać!

Sławny Game od Thrones leci w telewizji kablowej. Autorzy serialu zarobili już chyba tyle forsy, że mogą sobie pozwolić na udostępnienie go abonentom taniej kablówki. Prawda, że z pięcioletnim poślizgiem, ale przynajmniej „za darmo”. Nie bardzo jednak rozumiem dlaczego zdecydowano się na pokazanie tylko pierwszego sezonu. Wszystkie dziesięć odcinków na raz. Codziennie jeden przed dwa tygodnie. Dlaczego akurat tak, a nie jak każdy inny serial, raz w tygodniu? (Właśnie podano, że na jesieni wyemitowany zostanie drugi sezon.)

Czym właściwie jest sztuka? Czy to, co można oglądać w galeriach czy podziwiać w muzeach i filharmoniach można nazwać sztuką? Witold Gombrowicz pisał w swoich dziennikach, że „woli Szopena, dolatującego przez okno, na ulicy, niż Szopena ze wszystkimi szykanami na koncertowej estradzie”. On wolał jeden obraz zdobiący ścianę pokoju, w którym mieszka ktoś, dla kogo dzieło sztuki jest pięknem wzbogacającym jego codzienne życie, niż pięćdziesiąt arcydzieł wiszących obok siebie na wystawie przyciągającej głównie snobów, bufonów i turystów „zaliczających” kolejne muzea i galerie, aby mieć się czym chwalić po powrocie z wycieczki. Coś w tym jest. Ładunek emocjonalny przekazany dziełu przez artystę nie zasługuje chyba na zestawianie go z talentem innego artysty.

Innym znów aspektem sztuki jest technika. Znakomita znajomość warsztatu decyduje o maestrii twórcy acz nie czyni jeszcze z dobrego rzemieślnika, artysty. Dzieło, będące wynikiem pracy artysty, musi posiadać jeszcze wymiar, z braku lepszego terminu, duchowy. Szopen nie byłby pianistą tak wielkiego formatu, gdyby nie posiadał wirtuozowskich umiejętności gry na fortepianie. Bez zdolności, jednak, przekazania swoim utworom ładunku emocjonalnego, jego dzieła byłyby jedynie kuglarską sztuczką; wytworem magika, któremu lata ćwiczeń dały taką biegłość palców, że potrafił stworzyć niewykonalny dla większości muzyków utwór. Mam jednak poważne wątpliwości czy można by było zakwalifikować to jako sztukę.

No tak, ale co komu po sztuce, sporcie, nauce czy nawet po tzw. ponadczasowych wartościach, gdy wszystko, dosłownie wszystko(!), co mamy znajduje się na jednej planecie, a ta, jak wiadomo, podlega takim samym prawom, jak inne elementy naszej czasoprzestrzeni. Jej stabilność jest tak chwiejna, jak niestała jest struktura skorupy oddzielającej nas od płynnego jądra Ziemi. W końcu i nasza gwiazda zakończy swój żywot, pochłaniając cały układ planetarny. Po drodze, oczywiście, zdarzać się będą najrozmaitsze kataklizmy, które będą zmieniały perspektywę funkcjonowania intelektu. Wszystko ma swój początek i swój kres. Jak wykorzystamy czas między tymi dwoma punktami w czasie i przestrzeni, zależy od każdego z nas.

Lato. Zostało go jeszcze trochę, a i jasień bywa piękna. Cieszyć się więc należałoby, wbrew wszystkiemu, z tego co mamy. Jeszcze.

Komentarze | Dodaj