Ale numer!!!

21 sierpnia 2012 r.

Bolesław Łucki


Zwykle nie publikuję na mojej stronie nie moich tekstów, ale ten jest tak "bulwersujący", że odstąpiłem od zasady i niżej cytuję fragment komunikatu PAP.

Według sondażu przeprowadzonego dla hiszpańskiej fundacji BBVA w 10 krajach Europy i w USA "[...] tylko w Polsce i w USA jest więcej osób skłaniających się do tego, że to Bóg stworzył człowieka - mniej więcej takiego, jak wygląda on dziś - niż sądzących, że to sprawka ewolucji."

To by wyjaśniało tak wiele spraw.

Komentarze | Dodaj

Języki (nie)obce

4 sierpnia 2012 r.

Bolesław Łucki


Tak się jakoś składa, że portal Polonia dla Polonii ostatnio porusza tematy, w których mam coś do powiedzenia. Inna sprawa czy ktoś chce mnie słuchać, ale kto wie, wśród tylu czytelników w sieci, może kilku odbiorców się znajdzie.

Tym razem chodzi o artykuł, przedrukowany przez PdP z norweskiego portalu polsko-norweskiej spółki Polmedia LTD (nPress), na temat użyteczności znajomości języków obcych w funkcjonowaniu we współczesnym świecie. Moje osobiste doświadczenia całkowicie potwierdzają tezy wyłożone w artykule.

Najprawdopodobniej zdolność porozumiewania się z sąsiadami władającymi innym językiem była doceniana już w czasach, gdy formowały się języki. W końcu dogadać się z obcym, szczególnie bogatszym (czasem i silniejszym) od siebie, musiało mieć zawsze wartość, niekoniecznie monetarną.

Ta mądrość przetrwała do dziś. Moja mama też ją posiadała. W końcu nie wysyłałaby mnie na pozalekcyjne nauki języka angielskiego już w drugiej klasie szkoły podstawowej, tak zupełnie bez żadnego powodu. Co prawda moja edukacja nie trwała zbyt długo – oczywiście miałem o wiele ważniejsze zajęcia na podwórku – ale co wtedy zostało wpisane w szare komórki, działa do dziś.

Pamiętam też szkolne lekcje języków obcych. W konfrontacji z zagraniczną rzeczywistością, na nic się nie zdały. Gdy sam zacząłem doceniać wartość znajomości języka obcego (bo szkolna wiedza okazała się bardzo nieadekwatna) okazało się, że muszę brać NOTowskie kursy, ale i one nie załatwiły sprawy do końca. Korzyść jednak była bardzo wymierna – dodatek do pensji za potwierdzoną przez Ministerstwo Kultury i Sztuki znajomość języka angielskiego.

Teoretyczna znajomość języka była dobrą podstawą, ale prawdziwe szlify zdobyliśmy z żoną dopiero wtedy, gdy zaczęliśmy wynajmować pokój w naszym M4 zagranicznym studentom. Zabieg planowany z premedytacją w celu zmiany charakteru języka obcego na nieco mniej obcy. Politechnika Szczecińska prowadziła wtedy studia podyplomowe dla studentów z Afryki i Ameryki Środkowej i Południowej. Sposób okazał się genialny! Nie tylko zasilona została domowa kasa, ale i uczyliśmy się żywych języków. Żona hiszpańskiego, a ja angielskiego. Dzieci też przy okazji miały kontakt z „wielkim światem” - chrzestną syna została Meksykanka.

Autor artykułu ma rację zachęcając do nauki języków od najmłodszych lat. Naukowe wywody z cytowanego artykułu mogę potwierdzić przykładem moich dzieci. Obydwoje płynnie władają dziś trzema językami - polskim, angielskim i francuskim.

Gdy wyjechaliśmy z Polski, córce, która miała 11 lat i znała język polski na poziomie znacznie ponadprzeciętnym (w wieku przedszkolnym uczyła się języka polskiego metodą obrazkową – produktem ubocznym tej metody było to, że nigdy nie miała, i nie ma, kłopotu z polską ortografią), trochę ciężko szło przestawianie się na kolejne języki. Najpierw był rok w szkole niemieckiej, później kilka miesięcy we francuskim Quebec i zaraz potem dwa lata w American Academy w Nikozji na Cyprze. Po powrocie do Quebec, następne trzy lata spędziła w szkołach francuskich. Średnią edukację kontynuowała również w tym samym języku, a w międzyczasie, żyjąc w środowisku angielskojęzycznym, doszlifowała zdobyty w Nikozji angielski na tyle, że była w stanie studiować na angielskiej uczelni. W angielskim Preston też.

Syn z kolei, będąc trzyletnim brzdącem, miał pewne kłopoty w kontaktach z niemieckimi rówieśnikami, ale kilka, czy kilkanaście słów, takich jak „ja”, „nein”, „danke” czy „auf wiedersehen”, używał poprawnie, gdy była potrzeba. Na Cyprze natomiast, będąc przedszkolakiem w grecko-angielskim przedszkolu, poznał podstawy obydwu języków na tyle, że bez większych kłopotów potrafił porozumieć się z greckimi rówieśnikami, a i z dorosłymi Grekami dogadać się potrafił. Niestety greka i język niemiecki wyparowały – nic już z tego nie pamięta. Kanadyjską edukację na poziomach podstawówki i szkoły średniej pobierał w języku francuskim, co, jak później się okazało, nie było w ogóle przeszkodą w ukończeniu angielskiej szkoły wyższej. W angielskojęzycznej Manitobie było to możliwe!

W domu jednak zawsze był tylko polski. Języka angielskiego lub francuskiego można było używać tylko w obecności gości niemówiących po polsku. Taka była zasada i tego pilnowałem bardzo restrykcyjnie. Próby łamania „prawa” były zawsze zduszane w zarodku.

Gdy minęły szczenięce lata, rutyna nie tylko wzięła górę, ale i została doceniona na tyle, że zaczęły się pierwsze próby gramatycznego i stylistycznego szlifowania języka polskiego. Wraz z mijającym czasem wzrastała potrzeba korespondencyjnej komunikacji z domem. Dzięki istnieniu cyberprzestrzeni i chłonności młodego umysłu, w ciągu kilku lat ilość błędów w polskich tekstach pisanych spadła nieomal do zera. Dziś córka posługuje się językiem polskim chyba lepiej niż ja, a i syn bardzo niewiele odstaje. Obydwoje radzą sobie językowo nie tylko w Polsce, ale i w krajach francusko i angielskojęzycznych, a syn, prócz swojej wyuczonej specjalności zawodowej, zaczyna nawet karierę w trudnej sztuce pisarstwa beletrystycznego. Po angielsku!

Najlepszym potwierdzeniem tez z cytowanego wyżej artykułu będzie chyba sytuacja, którą zadziwił mnie kiedyś mój syn. Rozmawiał przez telefon z kolegą w dwóch językach jednocześnie, przechodząc płynnie z francuskiego na angielski wielokrotnie w zależności od tematu rozmowy. Już sam ten fakt był dla mnie czymś imponującym, ale jak i ja włączyłem się do rozmowy (oczywiście po polsku), a syn odpowiadał mi po polsku jednocześnie kontynuując swoją dwujęzyczną konwersację, to mój podziw dla możliwości ludzkiego intelektu niebywale wzrósł.

Autor artykułu zilustrował swój tekst fotografią podpisaną: „Najlepszą inwestycją w przyszłość dla dzieci jest nauka języków obcych.” Nie można się z tym nie zgodzić. Opóźnienie rozwoju choroby Alzheimera jest całkiem niezłym powodem dla promowania wielojęzyczności. Myślę jednak, że wraz z rosnącą ilością osób znających kilka języków, rosną możliwości porozumienia nie tylko między ludźmi, ale i między kulturami. A to wszak nie jest tak zupełnie bez znaczenia.

Komentarze | Dodaj