Za płotem też jest świat

31 lipca 2012 r.

Bolesław Łucki


No właśnie! - ciśnie się na usta po lekturze Macieja Zinowskiego. Od lat zadaję sobie pytanie: komu potrzebne są podziały, segregacje, fragmentacje czy w końcu rozbiory? Komu na tym zależy i dlaczego? PIS i PO od początku swojego istnienia toczą ze sobą wojnę, która przybiera czasem bardzo żenujący charakter.

Co dziwne, obydwie partie nazywają same siebie prawicowymi. Obydwie polskie, obydwie tworzone przez Polaków, obydwie działają na terenie Polski. Teoretycznie więc nie powinno być problemu ze współpracą. Dlaczego jest? Może to chorobliwa polityczna krótkowzroczność i egoizm, albo ograniczone płotem własnego podwórka widzenie świata?

* * *

251 milionów lat temu (trias) pojawiły się na Ziemi pierwsze dinozaury. Kilkadziesiąt milionów lat później (późny trias) pierwsze ssaki. Sądząc po bujności, z jaką kwitło życie na pływających po magmie płytach tektonicznych, dinozaurom wiodło się całkiem nieźle. Do czasu.

Po około 100 milionach lat (jura, kreda) w Ziemię uderzył meteoryt. Miał około 10 kilometrów średnicy i zmiótł z Ziemi nie tylko dinozaury. Los dał tej grupie archozaurów około 100 milionów lat. Sto milionów lat!!! Kto wie, może gdyby nie tragiczny pech, żyłyby do dziś. Dzięki tamtej kosmicznej skale jednak, świat był otwarty dla innych, więc ssaki zaczęły przejmować pałeczkę w sztafecie życia.

Do pojawienia się pierwszego człowieka, minęło jednak następne 78 milionów lat (paleogen, neogen, czwartorzęd). Szmat czasu, ale w końcu pojawił się Homo Sapiens. Teraz jeszcze tylko zostało nauczyć się abstrakcyjnie myśleć.

Kolejne miliony lat i voila! 400 tys. lat temu nareszcie błysnęła pierwsza myśl. Błysnęła i rozwija się do dziś. Czy 400.000 lat to dużo, czy mało, by osiągnąć poziom pozwalający myśleć w kategoriach okoliczności w jakich powstał człowiek i bezkresnego środowiska, w którym funkcjonuje? Biorąc pod uwagę jednostki, którymi mierzy się historię Ziemi, to bardzo mało. Mniej niż kropla w morzu.

Człowiek i jego myślenie jest ciągle w stadium „embrionalnym”. Zaczyna dopiero szukać sobie miejsca. Ledwie rozpoznawać czas i miejsce gdzie jest. Z natury staram się być optymistą, ale widząc co się na świecie dzieje, mój optymizm szarzeje. Myślę jednak, że ciągle mamy szansę.

W 2005 r., 400 metrowej średnicy asteroida, oznaczona jako „2005 YU55”, przeleciała w odległości zaledwie 320 tys. km od Ziemi.

Trzy lata temu planetoida „2009 DD45” o średnicy od 20-50 metrów minęła nas w odległości 78 tys. km.

Dwa lata temu asteroida „2010 TD54” minęła Ziemię w odległości 45 tysięcy kilometrów. Gdyby uderzyła, siła wybuchu odpowiadałaby bombie atomowej zrzuconej na Hiroszimę.

Następny kosmiczny głaz ma się pojawić w okolicach Ziemi w 2036 r. Mówią, że uderzy. Ma co prawda tylko 270 metrów średnicy i 270 milionów ton, ale szkody szacuje się w milionach ludzkich istnień.

Ktoś powie, że to katastroficzne widzenie świata. No cóż. Można zamknąć oczy i zagłębić się w wymyślonym przez siebie świecie pełnym sztucznych podziałów, egoistycznych interesów czy wydumanych idei, ale co to ma wspólnego z prawdziwą rzeczywistością, której można się tylko biernie przyglądać? Zresztą, jeżeli nikt nie cierpi, to cóż złego w złudzie? Jeżeli nikt nie cierpi...

Komentarze (1) | Dodaj

Krecia robota

25 lipca 2012 r.

Bolesław Łucki


Było trochę spokoju. Politycznego. Ale przecie już po mistrzostwach. Skończyło się Euro 2012 i zaczęła się krecia robota. Ataki, na od lat demokratyczną i suwerenną Polskę, coraz wartościowszego członka europejskiej wspólnoty, wróciły ze zdwojoną siłą. Tak, jakby ktoś próbował nadrobić stracony czas. Może to termin wyborów się zbliża i rośnie parcie do władzy. Kto wie? Ale coś złego się dzieje.

Badania polskiej opinii publicznej i międzynarodowe analizy wskazują na stały wzrost pozycji Polski w Europie i świecie. Na tyle, na ile globalne warunki ekonomiczne i lokalne możliwości pozwalają, kraj rozwija się w miarę harmonijnie. Ponoć dużo lepiej niż te zachodnie, będące kiedyś dla Polski wzorem.

Są jednak w państwie ludzie, którym to przeszkadza. Sami siebie nazywają patriotami i walczą o „wolność”. Nie mają zagranicznego wroga, więc wykreowali swojego, krajowego. Nieważne, że wydumany. Ważne, że do czegoś służy.

Znów okazało się, że największym nieprzyjacielem narodu jest sam naród. Pojęcie „opozycja” czy „prawica” straciły swoje encyklopedyczne znaczenie. Ci ludzie nie mają żadnych skrupułów. Nie przestrzegają zasad gry wyborczej, ani, tym bardziej, parlamentarnej. W kąt idą tradycyjne prawicowe wartości. Przeważa manipulacja, intryga i podburzanie. Nie przebiera się w środkach. Byle zmienić balans wyborczy na swoją korzyść. Za wszelką cenę. Choćby tylko na kilka chwil przed wyborami.

Z wolności słowa zrobiono w Polsce kpinę. Nie ma absolutnie żadnego usprawiedliwienia dla tego, kto wprowadza do współczesnego politycznego dyskursu zachowania i pojęcia z najtragiczniejszych czasów walki narodu polskiego o wolność. Polak Polaka nie może znieważać w tak niegodny sposób. Dlaczego tak się postępuje? By przejąć władzę? A co dalej?

Osobną sprawą jest poziom obywatela, do którego trafia tego rodzaju argumentacja. Temat rzeka. Może kiedyś coś o tym napiszę. Dziś powiem, że nie tylko nie chciałbym mieć takiego sąsiada, ale i nie chcę o nim, ani o jego poglądach, czytać w środkach masowego przekazu. Rozdmuchiwanie tematów, które mają się nijak do rzeczywistości, uważam za niestosowne. Szczególnie w mediach docierających do milionów. Wszak nigdy nie wiadomo czym zaowocuje chore ziarno, gdy padnie na ziemię, która je przyjmie. A im większe pole, tym większa szansa, że w jakimś mrocznym zakątku zakiełkuje. I co wtedy?

Czasem zdaje się, że arystotelesowski ostracyzm wcale nie był taki zły. Na ostrakonie można było zapisać nazwisko takiego delikwenta i było dziesięć lat spokoju. Dziś tak się nie da. A może zorganizować dziesięcioletnie Euro 2012-2022?

Komentarze | Dodaj

Krótki komentarz...

16 lipca 2012 r.

Bolesław Łucki


fot: Wikimedia Commons

Krótki komentarz do aktualnie trwającej dyskusji w kwestii tworzenia (a raczej uszczegóławiania) zasad polityki społecznej w Polsce

Motto: [...] sapere aude [...]

Wychowywanie dzieci jest sztuką wielowymiarową i niezwykle skomplikowaną. Świadczy o tym nie tylko przysłowiowy ból głowy, o który przyprawiany jest każdy rodzic, ale i niezliczona ilość ekspertów tworzących „instrukcje obsługi dziecka” oraz zmieniające się (w wielu przypadkach diametralnie), z czasem i aktualnym poziomem wydumanej wiedzy, metody wprowadzania małolata w życie.

Otóż, powszechnie wiadomo, że dzieci i tak mają swoje zdanie na każdy temat. Podstawy psychiki tworzone w podświadomości dziecka w ciągu pierwszych kilkunastu do kilkudziesięciu miesięcy życia powstają na poziomie biologicznym bez świadomego udziału rodzica i dziecka. Pozostają one w człowieku na zawsze, stanowiąc niejako podstawę jego egzystencji. Późniejsze natomiast zasady i obyczaje, z premedytacją wszczepiane dziecku, a później młodzieńcowi, na poziomie intelektualnym, w dalszych etapach życia podlegają weryfikacji przez coraz dojrzalszy umysł i są, w wielu przypadkach, modyfikowane lub wprost, jako zupełnie zbędne, eliminowane albo zastępowane innymi. A, im bardziej niezależny intelekt, tym większy odsetek myślenia, które anglofoni nazywają „outside the box”.

Ostatnimi czasy powstaje cała gałąź nauki zajmującej się zasadami funkcjonowania rodziny w zakresie przygotowania potomstwa do życia w zmieniającym się szybko świecie. Niestety idealnych rodzin odpowiadających współcześnie obowiązującym parametrom, jest bardzo niewiele. W zdecydowanej większości warunki wychowania dzieci odstają, czasem naprawdę bardzo daleko, od idealnych. Zaryzykowałbym nawet twierdzenie, że według dzisiejszych ustaleń eksperckich, rodziny idealnej nie ma. Nie ma, albowiem nie ma ludzi idealnych, czyli takich, którzy sprostaliby kryteriom formułowanym przez ekspertów.

Każdy rodzic, jak każdy człowiek, ma swoje wady, zalety, fobie, obawy czy ograniczenia majątkowe albo intelektualne. Wszystko to, i nie tylko to, wpływa na jakość środowiska, w którym wzrasta nowy członek społeczności. Każdy więc człowiek wkraczający w życie, skazany jest na takie otoczenie, jakie ma i musi sobie z nim, każdy na swój sposób, radzić. Zawsze tak było i zawsze tak będzie. Ponadto, od samego dziecka, od jego konstrukcji fizycznej i psychicznej, też zależy jak sytuacja, w której się znajduje, wpłynie na jego życie.

Rodzin (czyli podstawowych formalnych i nieformalnych komórek społecznych) jest niezliczona ilość, i każda z nich jest inna. Czy wartościowy człowiek wychowa się tylko w tradycyjnej rodzinie? Czy mężczyzna i kobieta zakładający rodzinę zawsze mają wartościowe potomstwo? Jeżeli przyjąć, że wartościowym nazwiemy człowieka społecznie użytecznego, to obawiam się, że nie. Jest na to olbrzymia ilość dowodów. Nie ma więc żadnego powodu by twierdzić, że najlepszego człowieka wychowa tylko rodzina, w której obecni są biologiczni rodzice dziecka. Wartościowi ludzie wychodzą i z domów dziecka i z rozbitych rodzin i spod skrzydeł babć, ciotek czy wujków przejmujących role wychowawców od prawowitych rodziców, którzy nie podołali rodzicielskim obowiązkom z jakiegoś tam powodu. Nawet rodziny zastępcze, gdzie nie ma żadnych więzów krwi między dzieckiem a rodzicem, potrafią niejednokrotnie sprostać wychowawczym wyzwaniom. Ba, nierzadko zdarza się, że i bezdomne dzieci, spędzające dzieciństwo na ulicach, wychodzą na tzw. ludzi.

Nic też nie wskazuje na to, by płeć, czy seksualne preferencje wychowawców miały istotne znaczenie w kształtowaniu wartości ich wychowanków dla danej grupy społecznej. Prawdę mówiąc poglądy religijne czy polityczne również nie wpływają na społeczną wartość wkraczającego w życie człowieka. Jest dokładnie odwrotnie. To społeczność, poprzez rygorystyczne stosowanie nieracjonalnych często kryteriów, potrafi niszczyć w ludziach cechy, dzięki którym ona sama mogłaby osiągnąć dużo wyższą jakość życia.

Czym więc kierują się demokratycznie wybrani przedstawiciele społeczeństwa, tworząc prawne, jedynie słuszne, wzorce funkcjonowania państwa w zakresie szeroko pojętej polityki społecznej? Oni sami definiują podstawę swoich decyzji jako zgodność z własnym sumieniem, czy z własnymi przekonaniami. Często też zasłaniają się preferencjami wyborców, czyli właściwie czym? Archaicznymi wartościami przekazywanymi bezkrytycznie z pokolenia na pokolenie i wpojonymi im samym kilkadziesiąt lat temu? Osobistymi doświadczeniami i wynikającymi z nich przekonaniami nabytymi w procesie przystosowania się do funkcjonowania w społeczeństwie? Moim zdaniem nie takie wartości winny stanowić o jakości życia przyszłych pokoleń. Należne im miejsce jest w tle, a nie w głównym nurcie procesów legislacyjnych. Ujemny wskaźnik przyrostu naturalnego zdaje się potwierdzać moje podejrzenie, że polityka społeczna państwa jest daleka od doskonałości.

Czy ktoś wpadnie kiedyś na pomysł by miast mozolnie pchać w przyszłość wóz pełen obrosłych zabobonami milowych kamieni historii (często nawet nie naszej własnej), zabrać z niego tylko co bardziej wartościowe kamyczki, a całą siłę intelektu skierować w konstruowanie skrzydeł, które poniosą ludzi w przyszłość?

Polska ma nie tylko jedną z najstarszych, ale i jedną z najlepszych (choć mogłaby być jeszcze lepsza) konstytucji na świecie. Wydaje się być oczywistym, że jej litera i duch winny służyć parlamentarzystom za drogowskaz przy wytyczaniu drogi w przyszłość. Dlaczego więc prawa ustalane są na bazie subiektywnych wartości uformowanych w prywatnych sumieniach i światopoglądach posłów, a nie na uniwersalnych wartościach zapisanych w konstytucji? Czy konstytucja jest dokumentem wyłącznie dla Trybunału Konstytucyjnego?

Dimidium facti, qui bene coepit, habet, sapere aude, incipe!

Komentarze | Dodaj

Here We Are

2 lipca 2012 r.

Bolesław Łucki

Migawka z naszego ostatniego występu

Komentarze | Dodaj

HAPPY CANADA DAY!!!

1 lipca 2012 r.

Bolesław Łucki

Komentarze | Dodaj