Język, kultura, narodowość

30 maja 2008 r.

Bolesław Łucki

Język jest tworem żywym. Nie tak, jak organizm biologiczny, ale jest on na tyle wrażliwy, że reaguje na otaczające go zmiany, odzwierciedlając warunki, w których egzystuje i umiera wraz z ostatnim, używającym go człowiekiem. Nazywa się go wtedy językiem martwym, a później, jak już całkiem zapomni się jak pisać nim i go czytać, językiem wymarłym.

Nikt nie wie ile języków dotychczas wymarło, ale przypuszcza się, że było ich bardzo wiele i tylko niektóre z nich doczekały się dokumentacji na tyle szczegółowej, iż można je odbudować w razie potrzeby. Taka jest natura rzeczy i nikt nie jest w stanie tego zmienić. Można próbować zwolnic procesy przemian, ale nie sądzę, żeby siły, które tu działają, dały się zatrzymać. A język to kultura. Kultura to narodowość. Jak znika język, znika kultura, a z kulturą, narodowość.

Bardzo wiele lat temu, gdy ludzkie środowiska dzieliły olbrzymie przestrzenie, języki i kultury miały dobre warunki do indywidualnej egzystencji i rozwoju. Powstawały cywilizacje, z których każda miała inny charakter, bardzo różny od sąsiedniej, i gdyby tylko taka sytuacja mogła trwać bez końca... ale nie... przyroda jest przecież odgórnie "zaprogramowana", żeby się spontanicznie rozwijać, mutować i rozprzestrzeniać na coraz to nowe obszary.

Ludzie, stanowiąc element ekosystemu, podlegają tym samym okrutnym prawom natury, jakim podlega każdy żywy organizm. Między człowiekiem i innym żywym elementem ekosystemu jest jednak podstawowa różnica - człowiek posiada rozum rozwinięty daleko poza potrzeby związane z biologicznym przetrwaniem, a rozumowi okrucieństwo przyrody się nie podoba, bo boli. Populacja, kształty, kolory, zachowania, charakterystyka, itp. elementów fauny i flory (poza homo sapiens) są regulowane prawami natury, które z perspektywy moralności i etyki mogą wyglądać bezwzględnie, ale dzięki nim, świat utrzymuje się w jako takiej równowadze. Dzięki rozumowi, człowiek obwarowuje się w bezpiecznym dla siebie miejscu, oddzielając się coraz bardziej od tych praw. Nie ma już w przyrodzie drapieżników, które byłyby w stanie regulować liczebność ludzkiej populacji. Są jeszcze wirusy i bakterie, ale i na tym froncie wygląda (przynajmniej na razie) na to, że ludzie zwyciężają. Sytuacja wygląda tak, jakby człowiek tylko sam dla siebie był zagrożeniem i takie stwierdzenie wydaje się być najbliższe prawdy.

Rozwijając się liczebnie, rodzaj ludzki stwarza sytuację, w której kultury (języki, narodowości), pierwotnie oddzielone od siebie "pustymi" przestrzeniami, zaczynają się nie tylko stykać, ale i przenikać, albo, co gorsza, wstępować agresywnie na obce sobie kulturowo terytoria. Można się temu procesowi dobrowolnie poddać, albo z nim walczyć. Czy ktoś jest w stanie powiedzieć, która z tych postaw jest lepsza?

Obserwując świat z dystansu, widać niezwykle wyraziście jak wiele kultur i narodowości znika połykanych przez agresywniejsze politycznie i religijnie społeczności. Według National Geographic, co 14 dni umiera jeden język. Czy to nie jest straszne? Z humanitarnego punktu widzenia chyba jest, ale, czy w sytuacji, gdy zaludnienie planety zbliża się do siedmiu miliardów(!!!), to właśnie nie jest norma?

I co w takiej sytuacji jest lepsze, bić się o swoją politykę, kulturę i religię ogniem, mieczem lub podstępem, wchłaniając słabsze kultury, języki i przekonania, czy poddać się powolnej i relatywnie bezkonfliktowej integracji? Walczyć o odrębność językową i kulturową, czy nie? Pamiętajmy, że w każdej walce są ofiary; czy lepiej więc jest mieć do czynienia z martwym językiem, czy z martwym człowiekiem? Z martwą (ale nieskażoną obcymi wpływami) kulturą, czy z żywą wielokulturową społecznością?

Można się nie zgodzić z tym, co piszę, ba, mnie samemu jest często trudno się z tym pogodzić, ale fakty mówią same za siebie. Dlatego myślę, że najważniejszymi atrybutami szeroko pojętego życia powinny być jakość i logika. Jeżeli będą one stały na wysokim poziomie, to nasza rzeczywistość będzie też dobra, bez względu na to w jakim czasie i przestrzeni powstanie i jak się ją nazwie.

Komentarze (1) | Dodaj

ćwiczenie z empatii

27 maja 2008 r.

Bolesław Łucki

przywołaj w pamięci
obraz osoby
która jest ci najdroższa
i wyobraź sobie
że odwraca się ona
do ciebie plecami
co czujesz?

teraz wyobraź sobie
że jesteś najdroższą
komuś osobą
widzianą tylko
od strony pleców
odwrócisz się
czy nie?

między życzeniem
i spełnieniem
jest tylko wola

Komentarze | Dodaj

Polskie obozy

26 maja 2008 r.

Bolesław Łucki

Znów wypłynął problem polskich obozów zagłady. Ile to już razy protestuje się przeciwko temu zwrotowi i rezultaty są bardzo mizerne - sprawa ciągle wraca i obawiam się, że niestety będzie wracała, albowiem nie jest to problem dający się załatwić protestami.

Piszę już od dłuższego czasu, więc polska gramatyka nie jest mi obca. Stąd wiem, że przymiotnik "polski" może być tworzony od rzeczowników "Polska" i "Polak". Tak więc interpretacja słowa "polski" zależy albo od kontekstu, w którym się ono ukazuje, albo od wiedzy czytelnika, a zwykle od obydwu tych czynników. Nie będąc jednak biegłym w sprawach językowych, zwróciłem się do dwóch językoznawców z Uniwersytetu Warszawskiego z prośbą o poradę. Z ich komentarzy wynika, iż ... ale może od początku.

Zwrot "polskie obozy zagłady" (śmierci, koncentracyjne) pojawia się w wydawnictwach polskojęzycznych wyłącznie w postaci dosłownego tłumaczenia z angielskiego. Nie jest to więc oryginalnie polski zwrot, tylko interpretacja tłumacza, bo w Polsce nikt by tego w taki sposób nie sformułował. W języku angielskim, przymiotnik "Polish" również powstaje od rzeczowników "Poland" (kraj) i "Polish" (Polak) i oznacza dokładnie to samo, co w języku polskim, czyli zbudowany (istniejący) w Polsce, albo zbudowany przez Polaków. Tak więc termin "Polish Death Camp" dla inteligentnego anglofona będzie znaczył "obóz zagłady istniejący w Polsce" (w domyśle nazistowski), a dla niedouczonego ignoranta może znaczyć... cokolwiek.

Polski tłumacz przekładający tekst angielskiego artykułu o obozach nazistowskich ma też wybór interpretacji przymiotnika "Polish" i może przekazać polskiemu czytelnikowi dokładne tłumaczenie słowa, osiągając podobną dwuznaczność, albo przekazać intencję piszącego, który, w większości przypadków, nie jest przygłupem i wie, że te obozy były niemieckie - w sensie: budowane przez nazistów. Angielskojęzyczny autor publikujący w dużych i poważnych pismach, to też człowiek doświadczony w formułowaniu swoich tekstów gramatycznie poprawnie.

Nie można się więc przyczepić do formy z gramatycznego punktu widzenia. Można natomiast dyskutować na temat dwuznaczności przymiotników odrzeczownikowych. Ciekawe, iż są one bardzo powszechnie używane, bez większych kłopotów z interpretacją ich znaczenia. Mówi się, na przykład, "polskie bociany", czy "polskie morze", które przecież naprawdę nie są wcale polskie i wszyscy wiedzą o co chodzi. "Polskimi" też nazywa się wiele miast, które były lokowane, planowane i budowane przez np. Niemców i nikt też nie protestuje. Jedynie w przypadku obozów zagłady jest problem i jest to wyłącznie "polski" problem, mający wymiar daleko wykraczający poza gramatykę. Jest to bowiem problem poczucia doznanych krzywd, świadomości tragedii narodu, gdzie wszelka dwuznaczność może ranić.

Obcokrajowcy mogą nie mieć tego poczucia i nie można, ba, nie powinno się tego od nich wymagać. Można jednak prawidłowo (w odróżnieniu od dosłownie) tłumaczyć sformułowania angielskie.

Można też różnymi sposobami próbować redukować na świecie armię ignorantów, co jest marzeniem ściętej głowy, ale protest przeciwko użyciu gramatycznie poprawnej formy, może tylko doprowadzić do konfliktu. I to właśnie obserwuję.

Coraz wyższe czynniki angażują się w działalność protestacyjną, a "polskich obozów zagłady" nie ubywa. Mam nawet wrażenie, że jest ich coraz więcej, ale to tylko wrażenie, bo nie prowadzę takich statystyk.

Może rzeczywiście jest ich więcej i kto wie, może to właśnie dzięki protestom? "Wolna prasa" bowiem nie lubi, by zwracać jej uwagę na coś, co jest, z ich punktu widzenia, poprawne, a do argumentów podawanych w protestach, nie każdy autor, czy publikacja, może się w pełni odnieść.

Czemu więc służą protesty, jeżeli nie widać efektów? Jeden z zagadniętych językoznawców stwierdził, że "stawiamy się w niezręcznej sytuacji, jeśli wymagamy od cudzoziemców, aby respektowali zasady, których sami nie przestrzegamy."

Od siebie tylko dodam, że za obraz Polaka na świecie jesteśmy odpowiedzialni my sami.

Komentarze (2) | Dodaj

Uniwersalne wartości

24 maja 2008 r.

Bolesław Łucki

Jeżeli bohater narodowy jest, podług kryteriów innego narodu, zbójem, jeżeli do tego samego kawałka ziemi pretenduje więcej, niż jeden naród, jeżeli jeden naród istnieje kosztem drugiego, to czy taka sytuacja nie woła desperacko o uniwersalne, ponadnarodowe wartości?

Komentarze | Dodaj

Piękny dzień

23 maja 2008 r.

Bolesław Łucki

Piękny dziś dzień. I to nie tylko dlatego, że piątek! Na dworze słońce, 25 stopni i zielono, chociaż jeszcze trzy dni temu gałęzie drzew były gołe.

"Wynarodowić się" - cóż to za dziwoląg? Jeżeli, za Słownikiem Języka Polskiego PWN, przyjąć, że termin "wynarodowić się" oznacza "zatracić poczucie swojej przynależności narodowej", to należałoby natychmiast spytać, czym jest poczucie przynależności narodowej i czym ono się objawia. Czy ktoś, kto z własnej woli na stale opuszcza swój naród by założyć dom i pracować ręka w rękę z innym narodem, traci przynależność narodową, czy nie? Z jednej, obiektywnej strony, tak, z drugiej, subiektywnej, nie. Nie ulega jednak wątpliwości, iż emigrant stawia się a priori w sytuacji, prowadzącej w przyspieszonym tempie do odcięcia się od korzeni i prędzej, czy później się wynarodowi, nawet gdyby tego nie chciał.

Gorący patriota, za żadną cenę nie wyjedzie z kraju, albowiem w samej definicji patriotyzmu zawiera się gotowość do najwyższego poświęcenia dla ojczyzny i narodu włącznie z własnym życiem. Wyjątkami są ci, którzy wyjeżdżają, żeby z bezpiecznej odległości podejmować działania, mające na celu wyzwolenie kraju z takiego, czy innego, realnego (w odróżnieniu od urojonego) zagrożenia. Czy emigranci osiedleni poza Polska z własnego wyboru, z powodów ekonomicznych lub socjalnych, krzyczący o narodzie i patriotyzmie z obczyzny, są stuprocentowymi Polakami? Myślę, że nie, chociaż w jakimś, znów subiektywnym, stopniu chyba są, ale patriotami już bym ich nie nazwał.

W dobie internetowej "jedności" świata, jak ktoś chce, to może utrzymywać bardzo ścisłą więź z wybranymi elementami własnego narodu. Dziś, nie miejsce zamieszkania świadczy o więzi z narodem, lecz chęć i wola podtrzymywania tej więzi. No i rodzajów tej więzi jest tyle, ilu jest emigrantów.

Poczucie więzi z narodem nie jest łatwym "tworem" do zdefiniowania, albowiem jest to "poczucie", czyli indywidualnie odczuwana (a więc subiektywna) świadomość interakcji zjawisk zewnętrznych z wewnętrznym stanem człowieka. Czym jest więź z narodem, jeżeli naród to termin tak wielki, iż widać go właściwie tylko z bardzo daleka. Z bliska naród to ludzie. Zwykli ludzie: naukowcy i bandyci, intelektualiści i prymitywy, prości ludzie i krętacze, altruiści i egoiści. Naród to partie, sekty, kliki. Naród to komuniści, świadkowie Jehowy, kapitaliści, rolnicy, katolicy, narkomani, lekarze, itd., itd. Naród to "stwór" targany ścierającymi się siłami, który sam siebie dzieli na tysiąc, często zwalczających się nawzajem części. Naród to skaczące sobie do gardeł frakcje, poglądy i wyznania.

Człowiek może się identyfikować z językiem rodziców, z wybranymi fragmentami kultury, w której wyrósł, ze środowiskiem, które go kształtowało, gdy wchodził w życie. Nie znam nikogo, kto identyfikowałby się dobrowolnie i bezinteresownie z częścią narodu, która, na przykład, z premedytacja zabija, czy bez skrupułów, wręcz pasożytniczo, wykorzystuje inną część tego samego narodu.

Nie szafujmy więc wielkimi słowami, za którymi stoją mętne idee jedności (przeciw komu?) za wszelka cenę. Na dłuższą metę, to niczemu dobremu nie służy. Jednoczyć się należałoby z tymi, których rzetelna i dobrej jakości praca zmierza ku zapewnieniu zdrowego i w miarę bezkonfliktowego funkcjonowania całej planety. Jak to więc jest z tym wynarodawianiem się? Czy zatracenie przynależności do jednego, ściśle określonego narodu jest fenomenem naprawdę negatywnym?

Piękny dzień. Żeby tylko jutro nie padało. A może i powinno - będzie bardziej zielono.

Komentarze | Dodaj

Sonnya and her time capsule

21 maja 2008 r.

Bolesław Łucki

Dziś odstąpię od fundamentalnego założenia, na którym zasadza się moja działalność na tej stronie i zmienię jej charakter z autorskiej na "reporterską". Zrobię to dla pewnego talentu literackiego, który właśnie zabłysnął na firmamencie lokalnego środowiska literackiego. Jedenastoletnia autorka, pytana kim chciałaby być w przyszłości, odpowiada bez wahania... pisarką! Nazywa się Anna Blackmore (córka Magdy Jurak i Jima Blackmore'a) i właśnie wygrała konkurs literacki pt. "Dear Canada" organizowany przez sieć prestiżowych księgarń McNally Robinson. Zaproszeni pięcio i sześcioklasiści mieli za zadanie opisać wybrany przez siebie aspekt historii Kanady w formie beletrystycznej. Anna wybrała siedemnasty wiek i w formie listów kierowanych do kanadyjskiego czytelnika, który za trzysta lat osiedli się w Kanadzie, opisała codzienne życie Indianki ze szczepu Dene. Oto fragment nagrodzonego tekstu:

Sonnya and her time capsule

***

July 17th, 1603

Dear people who find this box,

Hi, my name is Sonnya, and I have black hair and brown eyes. I live in the Dene tribe, which is found in the Western subarctic. The land here is lovely. It is filled with coniferous trees, wonderful mountain ranges, and is a great place to live in.

Here we speak Athapaskan, but our clan mother, Tauntey Nosak, (Say Tawn-tay) is teaching us English so that we can someday work with lots of people and get good jobs in far away countries.
Winters here are very cold and long, so we must work hard in the hot, short summer months so that we may live well in the hard times.

I love my land, my home, and all the people here as well.

Your friend,

Sonnya

***

July 18th 1603

Dear friend,

My family and I live in a Tipi made from cedar wood poles. I don’t know what people in the future will live in, by the time this box is found, but I’m guessing they will have very fancy Tipis covered with the finest fur, and sturdiest wood. The Tipi poles are covered with caribou skins that my mother has sewn together. Our tipi is small, but big enough for my family and me to live in.

I live here with my mother Noma, my older brother Losok, and my older sister Niso. My father died when I was three, so Losok is head of the family now. My mother is a hard worker. She cooks and cleans and cares for us. Mother is very sad about my father’s death, but she doesn’t let it interfere with her love for her children.

My sister is an incredible role model, and I wish I could be as wonderful as she is some day. Niso is 12, and I am 9, but even the difference in our age does not slow down our relationship. We do things together so much, and are hardly ever seen without each other.

My brother is 15 years old, and very handsome. Niso is always complaining that he is never around to help out at home, but mother says he helps us by hunting the food we eat. Losok takes care of us, and keeps us out of harm’s reach.
Every morning, we wake up at dawn so that we can start the day’s work. Mama gets to work sweeping out the cob webs in the tipi, dusting the skins, and planting corn.

Niso and I go and plant vegetables with mother, cook on the fire, and catch fish in the nearby stream. One of my favorite things to do is make and decorate clothing. Tauntey Nosak, our clan mother, taught us how to embroider and make traditional costumes. The one that I am working on now is a dress with a difficult pattern of an eagle on it, feathers on the rim, and millions of colorful beads. One day I would like to be able to sew like my mother. She is extremely good at it, and could make any thing you ask of her. We get our thread from the tendons of caribou. It is kind of gross, but when ever I complain about it, mother always tells me, “Well if you want to figure out a new way to make thread, then fine, go make it” and that is the end of conversation.

When my brother goes with the young men from our village to hunt caribou, they hide in the water with their heads hidden among the reeds. My brother and the other men wait until the caribou swim across the river, and then they kill them as they cross the river. I have seen it once before, and my brother has managed to get us a lot of caribou using that hunting method.

I love my family very much, and though I miss my father, I still have my mother, my sister, and my brother. I really don’t want to go to a far away country in search of a good job like Tauntey Nosak wants us to. I want to stay right here with my family forever. This is my home. I am a Dene, and I always will be one.

Yours,

Sonnya

***

[...]

***

July 26th 1603

Dear Friend,

Today is the day that I will bury my time capsule. I don’t know where I got the idea from, but I am happy that I did it any way. I haven’t told anyone about it, not even Niso, my beloved sister. It will be my special secret.

I have no idea of what the future will look like, nor the people, or who will find my Diary. I find that people take pleasure in reading someone else’s past, so I am happy to openly tell you about my life. I wish that I could meet you some day. I am burying my time capsule by a big old oak tree in the clearing of Starry Night with a few of my belongings. Please take care of them, and remember me always.

Yours for the last time,

Sonnya

***
Sonnya and her time capsule
Anna Blackmore


Anna Blackmore z mamą Magdą Jurak
---------------------------------------
Właśnie miałem tzw. "flashback" - kiedyś wyłowiłem z tłumu młodych muzyków, konkurujących o szkolne trofeum, skrzypaczkę. Pisałem o niej, wróżyłem sukcesy. Miała wtedy ...naście lat i olbrzymi talent. Na polonijnych zebraniach proponowałem, żeby wciągać ją do współpracy ze starszymi muzykami; żeby pomóc jej w karierze, umożliwić doskonalenie kunsztu, bo ma talent, kto wie, może nawet większy od niejednego zawodowego muzyka. Lekce sobie ważąc moje predykcje mówiono, że to przecież dziecko, uczennica i zawodowi muzycy to dla niej za wysokie progi. Ha! Nie minął chyba nawet rok i dziewczyna grała z profesjonalistami. I to jak grała!!! Od tamtego czasu minęło wiele lat, koncertów, konkursów i nagród. Skrzypaczka, muzycznie dojrzalsza, jest coraz popularniejsza. Będę musiał z nią kiedyś znów porozmawiać. Ciekawe jak się jej układa kariera. Może nawet o tym napiszę?
http://www.agassizmusic.ca/performers/natalia_zielinski.htm

Komentarze (1) | Dodaj

pytasz co nowego?

21 maja 2008 r.

Bolesław Łucki

pytasz co nowego?
nic - spokój
wszystko po staremu
życie płynie wypłukanym
od wieków rynsztokiem
dzień mija za dniem
noc za nocą
nic...
tylko ten spokój
jakiś taki ciężki

Komentarze | Dodaj

Konkurencja

20 maja 2008 r.

Bolesław Łucki

Przeglądając wiadomości z Polski, często trafiam na informacje świadczące o nasilonej konkurencyjności między polskimi miastami. Walka toczy się na wszystkich frontach, od wyglądu zaczynając a na wykorzystaniu funduszy UE kończąc. Każdy element miejskiego krajobrazu jest porównywany do podobnej sytuacji w innym mieście. Wygląda tak, jakby mieszkańcy ulepszali swoje miasta nie żeby lepiej i wygodniej żyć, ale dlatego żeby pokazać "im", że jesteśmy lepsi. Czemu służy taki wyścig?

W blogach, np. po artykułach wynoszących pod niebiosa wspaniałości "Wrocka" ponad osiągnięcia "Warszawki", używa się epitetów, które w "normalnej" prasie nigdy by nie przeszły przez sito edytora. Lokalni "patrioci" obrzucają błotem przeciwników - szczęście, że się od razu nie pobiją. Rozumiem starania magistratów zmierzające do poprawy jakości życia mieszkańcom, ale nie potrafię zrozumieć dlaczego robi się to, stawiając inne miasta w opozycji; degradując niejako osiągnięcia sąsiadów w tym samym kraju(!).

Ciekawe, czy jakby późną jesienią postawić, w szczerym polu, grupę warszawiaków naprzeciw grupy wrocławiaków i dać im pały, to czy od razu by się pozabijali, czy by próbowali się porozumieć w celu przetrwania zimy i pozabijali by się dopiero na wiosnę?

Średniowieczne rozbicie dzielnicowe trwało około dwieście lat; ile czasu upłynie, aż Polska zacznie działać jak jeden organizm w zespole narodów Unii Europejskiej?

Komentarze | Dodaj

nie narzekaj

20 maja 2008 r.

Bolesław Łucki

kamienny balast jest znakiem
że wracasz do portu

Komentarze | Dodaj

Postawy 73

8 maja 2008 r.

Bolesław Łucki

Zapraszam do najnowszego numeru Postaw.

W numerze m.in.:
"[...] Im więcej nas tym lepiej. Im większa różnorodność, tym lepiej. Im więcej klubów, stowarzyszeń i organizacji, tym lepiej. Byle tylko jakość była dobra, bo ona obroni się sama i to ona przyciągnie ludzi, a nie naprawiacze świata wołający z ambon i mównic. Nikomu nigdy nie udało się jeszcze zjednoczyć wszystkich pod jednym sztandarem bez ofiar i nikomu się to nie uda. [...]"

Komentarze | Dodaj