Obrońca Ziemi

30 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

P. Więsak adresuje swój ostatni tekst (patrz dzisiejsza Polonia dla Polonii) bezpośrednio do mnie oczekując chyba odpowiedzi. Pyta bowiem (dość ironicznie): "Obrońca Ziemi. Pomóż mi Pan zrozumieć dlaczego chce Pan bronić Ziemi, która radzi sobie całkiem dobrze bez pańskiej, i panu podobnych, pomocy?" Odpowiem więc: otóż po pierwsze dlatego, że tu mieszkam i po drugie, że ta właśnie Ziemia nie radzi sobie wcale sama (wystarczy spojrzeć za plot swojego podwórka) i w obliczu wzrastającej liczby ludności, jej zdolności radzenia sobie maleją.
------------------
Wygląda na to, że mamy kłopoty ze wzajemnym zrozumieniem swoich tekstów. Jeżeli p. Więsak poczuł się urażony lub rozczarowany moimi słowami, to bardzo przepraszam. Nie to bowiem było moim zamiarem. Użyłem tylko jego tekstu jako wyjściowego punktu dla wyrażenia obaw (podzielanych przez wielu innych ludzi) o los przyszłych pokoleń. Niestety miliony ludzi działają zgodnie ze swoim, często egoistycznym, pojęciem o świecie i nie martwią się o wyniki swojej działalności pozostawiając je komuś innemu - jeżeli nie innym ludziom, to jakimś siłom, które mają sobie w jakiś sposób z tym radzić. Ale jak? To już nie ich problem? Ciężko się zgodzić z takim sposobem na życie. Tym bardziej, że zerowy przyrost ludności notują tylko nieliczne kraje i jest to spowodowane raczej czynnikami ekonomicznymi (to jest oddzielny temat rzeka) niż naturalnymi. Prognozy globalnego przyrostu naturalnego są, delikatnie mówiąc, niezbyt optymistyczne. Proszę spojrzeć tu: http://www.ibiblio.org/lunarbin/worldpop czy tu: http://en.wikipedia.org/wiki/World_population czy też tu: http://en.wikipedia.org/wiki/Overpopulation.

Ocenia się, że za 40 lat będzie nas o 2 miliardy więcej niż dziś! Dwa miliardy!!! Nie jestem fachowcem w dziedzinie prognoz futurystycznych, ale wydaje mi się, że wzrastające zaludnienie planety w połączeniu z brakiem odpowiedzialności za wpływ na środowisko może prowadzić tylko do katastrofy. Czasy, gdy można było zastosować ironię w dyskusji na tak istotny temat i robić dalej "swoje", albo schować głowę w piasek i nie martwić się tym, co dzieje się na sąsiednim podwórku, minęły i najprawdopodobniej już nie wrócą. Jakie więc mamy wyjście żeby zapewnić następnemu pokoleniu wyższy komfort życia niz nasz? Budować więcej fabryk? Zwiększać produkcje? Może więcej nawozów? Samochodów? Antybiotyków? Nie martwić się? Jakoś to będzie? Jakoś to rzeczywiście będzie, ale jak? Nie mam na to odpowiedzi, ale jak mogę... np. zamiast samochodu użyć roweru, to go używam.

Komentarze | Dodaj

Polemika... ciąg dalszy

25 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

Motto:
KONSTYTUCJA RZECZYPOSPOLITEJ POLSKIEJ
Art. 5.
Rzeczpospolita Polska [...] zapewnia ochronę środowiska, kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju.
Art. 31.
Każdy jest obowiązany szanować wolności i prawa innych. Nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje.
Art. 53.
Wolność uzewnętrzniania religii może być ograniczona [...] gdy jest to konieczne do [...] ochrony [...] praw innych osób.
Art. 74.
Władze publiczne prowadzą politykę zapewniającą bezpieczeństwo ekologiczne współczesnemu i przyszłym pokoleniom.
Art. 86
Każdy jest obowiązany do dbałości o stan środowiska i ponosi odpowiedzialność za spowodowane przez siebie jego pogorszenie. Zasady tej odpowiedzialności określa ustawa.

Po lekturze p. Listkiewicza, w celu wypracowania wspólnego stanowiska, podejmuję się uściślenia poglądu wyłożonego w poprzedniej korespondencji, która była oparta na rozumowaniu dopuszczającym ingerencję tzw. siły wyższej, czyli czynników, które na obecnym etapie rozwoju Człowieka nie są możliwe do racjonalnego zdefiniowania.

Argumentacja przeprowadzana w kategoriach wiary, czyli nieracjonalnego przekonania, że coś jest słuszne i prawdziwe, może trafić tylko do kogoś, kto jest wyznawcą tej samej lub podobnej wiary. Określenie wiary religią, mistycyzmem czy jakimkolwiek innym mianem ma już drugorzędne znaczenie. Istotą wiary jest bowiem dogmat, któremu mniej lub bardziej dobrowolnie podporządkowuje się wierzący w niego Człowiek. A dogmat jak to dogmat, nie lubi być kwestionowany. Wszelkie więc dyskusje, w których używa się argumentacji opartej na dogmatach leżących u podstaw odmiennych wierzeń dyskutujących są bezproduktywne.

Do porozumienia można dojść tylko porównując jabłka do jabłek. Miast przekonywać interlokutora do podobieństwa jabłka do pomarańczy, należałoby raczej dać sobie spokój i życiową przestrzeń, aby nie dopuścić do konfliktu. Biorąc jednak pod uwagę agresywny (z natury) charakter organizmów biologicznych, zapobieżenie konfliktowi poprzez ustępstwa nie zawsze jest możliwe. Często prostszym wyjściem bywa udawanie uznania dogmatu interlokutora dla zapewnienia sobie komfortu, niż obrona swoich poglądów za cenę niewygód związanych z byciem „innym".

By ułatwić więc dojście do wspólnych wniosków, zignoruję źródło, z którego pochodzi rozum, wola i zdolność podejmowania decyzji Człowieka. Czy są mu one dane przez Coś czy Kogoś, czy też rozwinęły się u niego naturalnie i spontanicznie w procesie przystosowania do środowiska, nie powinno być tematem dyskusji. Ważne, że Człowiek posiada te przymioty i to, że w taki czy inny sposób je używa. I tu można zacząć dyskusję... czy wykorzystywanie rozumu (czyli zdolności do myślenia, poznawania świata, analizowania i wyciągania wniosków) dla własnych, wąsko pojętych, korzyści bez względu na szkody wyrządzane środowisku, innym ludziom i przyszłym pokoleniom jest postawą naganną, czy nie? Czy producent, powiedzmy płynu do mycia naczyń, samochodu czy mikrofalówki, jest odpowiedzialny za szkody jakie wyrządza jego produkt? Czy może on zasłonić się wiarą w swój dogmat by uniknąć odpowiedzialności?

Jest oczywistą oczywistością iż wolna wola Człowieka nie ma zastosowania do zjawisk leżących poza wpływem posiadacza tej woli. Dyskusje więc o tym, że ktoś przychodzi na świat, czy z niego odchodzi bez udziału własnej woli i na tym podobne tematy, są bezprzedmiotowe. Wola ma bowiem zastosowanie tam, gdzie jest możliwość wpływu na procesy zachodzące dookoła Człowieka i w nim samym. Oczywistym jest również fakt istnienia uwarunkowań wpływających na stosowanie wolnej woli i tu zaczynają grać rolę takie czynniki jak determinacja, świadomość, wiedza, inteligencja itp. Czy posiadający zawsze jakiś wybór Człowiek, który w imię wyznawanych przez siebie ideałów czy interesów, wyrządza szkodę środowisku i innym ludziom zasługuje na potępienie? Czy można go karać? W imię czego? Jakim (czyim) prawem?

Wydawałoby się, że dyskutując na dobrze zdefiniowane tematy, przy użyciu zrozumiałej terminologii i racjonalnej argumentacji opartej na sprawdzalnych faktach, nie powinno dochodzić do różnicy zdań. Dlaczego więc nie potrafimy dojść do porozumienia, by przywrócić dawną świetność planecie, która jest w końcu naszym jedynym domem? Dlaczego Człowiek nie czuje odpowiedzialności za destrukcyjne efekty swojej działalności, przerzucając ja na barki kogoś innego niż on sam?

Komentarze | Dodaj

Polemika...

23 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

Dzisiejsza Polonia dla Polonii zamieszcza artykuł adresowany przez autora do pesymistów, z argumentacją charakteryzowaną przez redaktora jako przewrotna i nieco sofistyczna. Oto kilka refleksji na ten temat:

Myśląc kategoriami religijnymi należałoby stwierdzić, że jeżeli Bóg dał Człowiekowi rozum, wolną wolę i zdolność podejmowania decyzji, to grzechem jest dobrowolne wyrzeczenie się tych cennych darów na rzecz bezmyślnego (biernego czy aktywnego) udziału w procesach degradujących Ziemię.

Jeżeli Stwórca wyposażył Człowieka w te przymioty to po to, żeby wierzącego delikwenta rozliczyć z uczynków i efektów Jego działalności.

Gdyby destruktywny rezultat aktywności Człowieka miał być odpowiedzialnością Boga, to czyż nie zabezpieczyłby się On przed zniszczeniem swojego dzieła - Ziemi i, wiedząc na co stać intelekt, dałby Człowiekowi tyle rozumu co innym stworzeniom? Ciężko się bowiem pogodzić z myślą, że to On sam zaplanował niekontrolowany przyrost naturalny, lawinowy rozwój industrializacji i zniszczenie Ziemi rękami Człowieka.

Nie sądzę też, żeby Bóg przychylnie patrzył na tych, którzy, miast rozumnie działać nie szkodząc otoczeniu, doprowadzają swoją bezkompromisową postawą do ekologicznych kryzysów, ba, czasem nawet do katastrof. Unikają przy tym odpowiedzialności za własne działanie (i niedziałanie) zwalając na Stwórcę efekty katastrofalnych wyników swojej działalności twierdząc, że "to nie moje zmartwienie, moim zadaniem jest abym ja działał zgodnie z moim pojęciem o świecie a o resztę niech się Stwórca martwi. Rozwój świata to jego problem, nie mój." Takie postawy pachną mi piekielną siarką i mają znamiona ingerencji samego Diabła.

Abstrahując jednak od średniowiecznego sposobu myślenia, wydaje się, że unikanie odpowiedzialności za działania destabilizujące środowisko naturalne jest karygodne i nie jest fair ani w stosunku do Twórcy tego środowiska, ani tym bardziej do Człowieka.

Komentarze | Dodaj

I hate life

20 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

- I hate life - pomyślał grabarz zaglądając do pustej portmonetki.

Komentarze | Dodaj

Przyszłość

19 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

Jak to się właściwie stało, że zabrnęliśmy w taki zaułek, iż zastanawiamy się już nad opuszczeniem planety i znalezieniem nowego domu. Perspektywa życia na Ziemi nie jest bowiem zachęcająca i to człowiek sam, w większości, przyczynia się do takiego stanu rzeczy.

Eksploatacja środowiska do stanu katastrofy ekologicznej i szukanie dla siebie nowego miejsca... czy to nie jest charakterystyka plagi szarańczy? Czy człowiek jest takim szkodnikiem? Wydaje się, że nie, bo nawet szarańcza jest szkodnikiem tylko wtedy, gdy zmienia się jej styl życia z fazy samotnej na fazę stadną. Nie wiadomo dokładnie dlaczego tak się dzieje, ale jest to ściśle związane z populacją na danym terenie. Przypuszcza się, że ta zmiana następuje w wyniku obfitości pokarmu i braku drapieżników. Zresztą nie jest to aż tak bardzo istotne. Ważne jest, że jest to zjawisko naturalne i to, iż zdając sobie z tego sprawę, można probować temu zaradzić. Do tego jednak trzeba przewrócić do góry nogami cały system wartości i sposobu myślenia człowieka.

Wydaje się, że mamy dwa wyjścia: albo zmniejszyć jakimś, możliwie humanitarnym, sposobem zaludnienie planety, co zwiększy jej zdolności regeneracyjne, albo zacząć żyć w totalnej symbiozie ze środowiskiem, które stając się coraz mniej naturalne samo ureguluje populację planety i wróci do swojego naturalnego stanu zieloności. Jest jeszcze trzecie wyjście - połączenie tych dwóch sposobów - czyli żyjąc w ścisłym kontakcie z naturą doprowadzić najpierw do zerowego, a później do negatywnego przyrostu naturalnego. W ten sposób jest szansa na to, że przyszłe pokolenia będą żyły na zielonej planecie - takiej jaką była jeszcze pięćdziesiąt lat temu i wcześniej. W przeciwnym razie grozi nam wielka przeprowadzka. Czy za cywilizację techniczną warto płacić utratą Ziemi?

Komentarze | Dodaj

gnoma 05

18 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

bez głodu i nudy nie ma postępu

Komentarze | Dodaj

a lata lecą...

18 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

ileś tam lat kończysz i co?
czy fakt ten coś w życiu zmienia?
myślę że nie...
myślę że to nie ma żadnego znaczenia

Komentarze | Dodaj

Sens życia

18 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

Poszukuje się go od tysiącleci coraz bardziej ignorując podstawowy i jedyny cel, w jakim tzw. Natura powołuje organizm do życia - przedłużenie gatunku. Dlaczego? Ano może dlatego, iż intelektowi wydaje się, że taki cel byłby zbyt prymitywny, by być jedynym?

Zagłębia się on więc w spekulacje myślowe (nota bene możliwe tylko dlatego, że ta sama Natura wyposażyła organizm w instrument ułatwiający mu osiągniecie celu, w którym go powołała do życia) próbując wynaleźć jakieś chwalebniejsze powody dla usatysfakcjonowania... samego siebie.

Oczywiście, przy użyciu najrozmaitszych sprytnie dobranych argumentów, oszustwo udaje mu się znakomicie. Nie zmienia to jednak niczego w tym, że istniejemy dla przedłużenia gatunku.

Sprawność intelektu jest godna podziwu, acz czy podobnym podziwem można obdarzyć rezultaty jego działalności?

Komentarze | Dodaj

piersiowe zasługi...

15 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

niektórym pierś tylko
starczy wypiąć
by chciało się do niej
order przypiąć

Komentarze | Dodaj

marcowe reflexje

14 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

dojdę!!!
choćbym miał sobie postawić
cel tuż przed nosem
to dojdę...

***

jeżeli założyć, że nieskończoność
jest naprawdę nieskończona
i przyjąć, że nic nie jest wieczne
(w tym i nasz wszechświat)
to ile wszechświatów zaistniało
i jeszcze zaistnieje
w tej nieskończoności?
czy to nie jest pytanie w rodzaju:
ile aniołów się mieści
na czubku szpilki?

***

matematycznie można udowodnić wszystko
(mówiąc „wszystko" mam na myśli naprawdę „wszystko")
starczy tylko chcieć i móc

***

nie ma się co łudzić
starości zawsze bliżej
do ziemi niż do nieba

Komentarze | Dodaj

czyje to cechy?

11 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

jak pazernego zazdrość pożera
to zawistnego radość rozpiera

Komentarze (6) | Dodaj

z księgi życia

5 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

słońce jeszcze wysoko a dzień się już kończy
już kartki szeleszczą o czarnej opończy
podróżnej - nim księga będzie na dobre zamknięta
przeczytam ci z niej coś - może zapamiętasz

"pokora jest kluczem do przetrwania
agresja to zdobyć coś acz do utrzymania
łupu cierpliwość potrzebna jest i praca" - pamiętaj
"krzywda zawsze do źródła powraca

życie to balans... i miłość w oddechu zamknięta"
pamiętaj

Komentarze | Dodaj

Znów o Polonii

4 marca 2009 r.

Bolesław Łucki

Prof. dr hab. Jerzy Podracki: "Polonus [...] to przedstawiciel Polonii, „emigrant pochodzący z Polski i pielęgnujący polskie tradycje”, czy też typ staroświeckiego Polaka. Jest to słowo neutralne i nie właściwym jest traktowanie go jako obelgi, co często się zdarza."

Z tej opinii wyraźnie wynika, że przy pewnej dozie złej woli, nawet najpiękniejszy termin można potraktować jak obelgę i jak się wystarczająco długo nad tym "pracuje", to rezultat może być trwały.

W dyskusjach na temat Polonii pojawiają się ostatnimi czasy głosy narzekające na pejoratywny wydźwięk terminu Polonia. Niektórzy Polacy żyjący na emigracji chcieliby nawet wykreślić ze słowników ten termin, jak również pochodzącego od niego "Polonusa" czyli członka społeczności polonijnej. Otóż, ja jestem przeciw. Uważam, że mamy piękny język, bogaty, z wieloma odcieniami, którymi można oddać tyle nastrojów i niuansów... jedno słowo i wiadomo o co chodzi.

Mickiewicz wszak, jak wielu innych Polaków przed nim i po nim, był też emigrantem, elementem tworzącym Polonię i będąc Polakiem, był też Polonusem. Termin ten przewija się w literaturze i w mowie potocznej już od tamtych czasów i jest odpowiednikiem szwajcarskiego "Suiss de l’étranger". Nasz język potrafi w jednym słowie oddać "niuans" odróżnienia emigranta od krajana, francuski nie, i to wbrew temu iż ma on opinię bardzo bogatego i pięknego języka.

Wydaje mi się, że nieszczególny odbiór tego terminu przez niektórych Polonusów nie jest wcale związany z lingwistyką, ale raczej ze sprawami natury polityczno-obyczajowej. Znaczenie każdego słowa wolno ewoluuje zmieniając się w zależności od czasów i ludzi. Wysiłek więc należałoby raczej włożyć w to, żeby terminy Polonia i Polonus brzmiały pozytywnie, a nie w krytykowanie i próby naprawiania języka, którym sie posługujemy.

Dumny Polonus

Komentarze | Dodaj