Defil

22 lutego 2015 r.

Bolesław Łucki

    

    

Kanadyjska zima jest dla mnie nie do wytrzymania. Nawet przy moim pozytywnym nastawieniu do świata, takiej zimy, jak nasza, jakoś nie mogę zaakceptować. Zbyt długa. Zbyt zimna. Ludzie mówią, że „jak się nie ma, co się lubi, to się lubi co się ma”. Taka filozofia jednak nie ma zastosowania w przypadku mojego stosunku do kanadyjskiej zimy. Z tego co wiem, wielu mieszkańców Winnipegu również nie cierpi zimy. Mieszkają tu bo muszą? Chyba nie. Podobno można się nauczyć lubić białe pustynie.

Może ci, którzy mieszkają tu od pokoleń jakoś się przystosowali? Hmmm… może to jest tylko to, że innego życia nie znają? W dzisiejszym świecie to jednak nie jest możliwe. Wszechobecność informacji na temat świata zapewnia każdemu przynajmniej podstawowe pojęcie o warunkach panujących w innych częściach globu.

W zimie nasze miasto staje się jakby mniej ludne. Wielu wyjeżdża, choć na trochę, do ciepłych krajów, inni znajdują sobie zajęcia w zaciszu klimatyzowanych pomieszczeń. Ja należę do tych drugich. Mając zdecydowaną awersję do podróżowania, znajduję sobie zajęcia w domu.

Jednym z projektów, jakie sobie zadałem na ten okres, była naprawa mojej starej polskiej dwunastostrunowej gitary. Wyprodukowała ją lubińska Dolnośląska Fabryka Instrumentów Lutniczych Defil w listopadzie 1985 r. Kupiłem ją w Szczecinie wkrótce potem. Był to, mam nadzieję, jeden z niewielu źle zaprojektowanych instrumentów Defilu. Zbyt gruby gryf, za słaba konstrukcja pudła rezonansowego, partacko wykonany metalowy pręt w gryfie, źle przymocowany mostek. W rezultacie gra na tym instrumencie nie była łatwa, ale dzięki wielkości pudła, gitara miała, bardzo ładny dźwięk. Niestety siła naciągu strun powyginała górną płytę pudła, zniekształciła mostek i w końcu zerwała nawet metalowy pręt w gryfie. Grałem na niej ostatni raz (pierwsze zdjęcie) bodaj w 2001 r. Pewnego dnia usłyszałem głośne „bang” (pękł pręt u podstawy) i gryf, mimo swojej grubości, wygiął się, uniemożliwiając grę. Cóż było robić. Odwiesiłem gitarę na kołek i kupiłem sobie Martina. Cóż za różnica!

Minęło kilka lat i zatęskniłem do charakterystycznego, głębokiego dźwięku starego Defila. Kanadyjska zima bardzo ułatwiła podjęcie ryzykownej decyzji naprawy gitary. Podchodziłem do tego od kilku lat i w końcu, w tym mroźnym okresie roku, zdecydowałem się na odważny krok rozmontowania gitary i próbę przywrócenia jej dawnej świetności.

Zdjęcia powyżej pokazują najważniejsze etapy naprawy. Niestety zapomniałem zrobić zdjęcie po odklejeniu podstrunnicy. Bałem się, ale musiałem to zrobić, żeby dostać się do kanału w gryfie. Musiałem zainstalować tam naprawiony pręt.

Po zdjęciu podstrunnicy okazało się, że dolny koniec pręta był osadzony w metalowej płytce przyspawanej do pręta. Spaw jednak był tak zły, że po latach siła naciągu strun wyciągnęła pręt z otworu w płytce. Włożyłem więc pręt z powrotem w otwór i zamiast spawu, zaklepałem go po drugiej stronie płytki tak, jak zaklepuje się nity. Mam nadzieję, że teraz pręt wytrzyma naciąg.

Musiałem też wymienić cztery górne progi. Oryginalne były tak wyrobione, że nie dało się ich uratować. Przy okazji wymontowałem też stare siodełko z nieprecyzyjnie wyciętymi rowkami na struny i zastąpiłem je nowym. Teraz struny są rozmieszczone na podstrunnicy dokładnie tak, jak w moim Martinie.

Konstrukcja pudła była oryginalnie wzmocniona tylko trzema poziomymi żeberkami. Zwykle gitary dwunastostrunowe (niektóre szóstki też) mają pod górną płytą siatkę żeberek projektowaną indywidualnie dla każdego modelu gitary. Mój Defil miał konstrukcję sześciostrunowej gitary klasycznej, projektowaną dla naciągu strun nylonowych. Dodałem więc cztery pionowe żeberka. Dwa długie i dwa krótkie. Dzięki temu górna płyta pudła wyprostowała się dość znacznie. Niewielkie deformacje, szczególnie w sąsiedztwie otworu rezonansowego, pozostały.

Mostek miał również zbyt słabą konstrukcję. Wzmocnienie górnej płyty pod mostkiem było zrobione ze sklejki o grubości poniżej 2 mm! W rezultacie naciąg strun zniekształcił nie tylko górną płytę, ale i zdeformował sam mostek przykręcony do pudła trzema śrubkami.

Ponadto, mostek został oryginalnie przyklejony niesymetrycznie, przesuwając struny o około 2 mm w kierunku strun basowych, niebezpiecznie blisko krawędzi podstrunnicy. Odkleiłem więc mostek, nasączyłem go wodą, wyczyściłem, wyprostowałem i po wymianie wzmocnienia pod mostkiem na mocniejsze, przykleiłem i przykręciłem z powrotem w miejscu, w którym powinien być od początku. Przedtem jednak zmodyfikowałem mostek na tyle, by struny znalazły się tak blisko progów, jak tylko możliwe.

Trochę się obawiałem, że zmiany w konstrukcji gitary zmienią znacznie jej dźwięk, i że nie będzie już tak ładnie brzmiała. Po założeniu nowych strun jednak okazało się, że nie. Oczywiście dźwięk nie jest już taki głęboki, ale dzięki temu, że pudło rezonansowe ma rozmiary gitary „jumbo”, jakość dźwięku jest ciągle wysoka. Gdyby tylko gryf nie był taki toporny, to instrument byłby bardzo atrakcyjny. Odzwyczaiłem się już od niej. Martin zrobił swoje, ale wartość dla mnie, szczególnie tę sentymentalną, gitara ciągle ma. Z tego też powodu, zamiast oryginalnego szmacianego pokrowca, dostała nowy porządny futerał z nawilżaczem powietrza.

Dlaczego kupiłem gitarę z tyloma wadami? Hmmm… w tamtych czasach w Szczecinie nie było łatwo o dobra gitarę. Szczególnie dwunastostrunową. Gdy więc te pokazały się w sklepie muzycznym na Niepodległości, postanowiłem, że albo teraz albo nigdy.

Na szczęście znalazłem się w sklepie zaraz po dostawie więc miałem do wyboru kilka gitar. Ekspedientka dziwiła się, że chcę wybierać, ale, mimo kłębiących się przy ladzie tłumów, dała się przekonać. Pierwsza i druga nie grały tak, jak chciałem. Dopiero trzecia zabrzmiała ładnie, tak że zdecydowałem się ją kupić.

Gra na takim topornym instrumencie ma swoje zalety. Dzięki temu, że miała ładny dźwięk, fajnie się jej słuchało mimo, ze trzeba było wkładać w grę wiele wysiłku. Jak łatwo jednak dziś gra się na dobrych markowo gitarach, gdy ręka przyzwyczajona została do dużo większego wysiłku.

Komentarze | Dodaj

Futerał dla bałałajki

17 lutego 2015 r.

Bolesław Łucki

    

Mam w domu kilka instrumentów muzycznych. Dbam o nie jak się najlepiej da. Mam też rosyjską bałałajkę z 1972 roku. Kupiłem ją w Montrealu na garażowej wyprzedaży. Taka forma pozbywania się niepotrzebnych rzeczy jest tu bardzo popularna. Ludzie sprzedają za bezcen najróżniejsze różności. Nawet bardzo zniszczone. Bałałajka była też w tragicznym stanie. Każda klepka oddzielnie. Nic dziwnego, że właściciel wziął za nią tylko $3. Odrestaurowałem ją. Teraz brakowało tylko futerału. Prawdę mówiąc szukałem go kilka lat. Może dłużej, niż kilka. Niezbyt intensywnie, przyznaję, ale ani kongres rosyjski, ani ukraiński nie był stanie udzielić informacji na temat lokalnych muzyków grających na bałałajkach. A przecież środowiska rosyjskie i ukraińskie są w Manitobie bardzo liczne. Ukraińców jest tu nawet więcej niż Polaków. Miałem nadzieję, że dowiem się gdzie można kupić taki futerał. "Sklepów" internetowych, z wiadomych względów, nie brałem pod uwagę. W "normalnych" sklepach muzycznych nie było nawet możliwości zamówienia takiego futerału. Cóż było robić. Pozostały mi tylko Home Depot i Lee Valley. Kupiłem co trzeba i zbudowałem futerał sam.

Komentarze | Dodaj

hmmm...

13 lutego 2015 r.

Bolesław Łucki

dopóki istnieje możliwość kontaktu
między dwojgiem ludzi
dopóty niezbędna będzie
umiejętność negocjacji

Komentarze | Dodaj