O "zawieszeniu" dotacji MSZ

10 lutego 2013 r.

Bolesław Łucki


I znów łapię za przysłowiowe pióro, by uporządkować, zainicjowane ostatnimi komunikatami PAP, rozważania o „przyczynach zawieszenia dotacji” z budżetu Ministerstwa Spraw Zagranicznych, na dofinansowanie polonijnej działalności na świecie.

Szkoda, że PAP nie zacytował w swojej informacji większych fragmentów listu zawiedzionych przedstawicieli kilkunastu polonijnych czasopism i portali internetowych z USA, Australii i Europy Zachodniej. Szkoda też, że w komunikatach PAP, zawierających wypowiedzi wskazujące na istnienie zakulisowych problemów, nie odsyła się czytelnika do materiałów szczegółowych. To rodzi spekulacje i domysły, ale do rzeczy.

Z tego co pamiętam, gdzieś chyba na początku zeszłego roku, polski Sejm podjął decyzję o przeniesieniu budżetu przeznaczonego na współpracę z Polonią i Polakami za granicą z Kancelarii Senatu do MSZ.

Niezależnie od różnego rodzaju krytyki, była to decyzja polskiego suwerennego państwa w sprawie dysponowania własnym budżetem. Decyzję podjęto po analizie ewolucji w relacjach między polskim rządem a Polonią i wydaje się ona ze wszech miar rozsądna.

Pamiętam też jak zainteresowane pieniędzmi z tego budżetu osoby i instytucje wyrażały obawy o płynność finansowania działalności Polonii na Wschodzie. Przewidywano jej zakłócenie w rezultacie takiego ruchu i rzeczywiście, jak to czasem bywa przy wprowadzaniu w życie nowych procedur, takiej płynności zabrakło. Przewodniczący Komisji Łączności z Polakami za Granicą Adam Lipiński (PiS) był w lipcu zeszłego roku głęboko zbulwersowany przewidywaną sytuacją.

Po przeniesieniu budżetu z Senatu do MSZ ogłoszono konkurs mający na celu wyłonienie najlepszych projektów w obszarach tematycznych współpracy z Polonią i Polakami za granicą, odpowiadających założeniom, zasadom i priorytetom „Planu współpracy z Polonią i Polakami za granicą w 2013 r.”. Warunki konkursu określono szczegółowo w dziesięciostronicowym dokumencie. Na brak klarowności procesu rozpatrywania wniosków nie ma więc chyba co narzekać.

Do MSZ wpłynęło z całego świata 418 podań o dofinansowanie. Ostatecznie, w wyniku konsultacji i uzupełnień, 323 wnioski spełniły warunki konkursu. Komisja dokonała oceny i wyboru projektów kwalifikujących się do dofinansowania i cały budżet, będący do dyspozycji Komisji (52 205 000 zł – 74 zł = 52 204 926 zł) przyznano 97 wnioskom projektowym. Nie wiem na co Komisja wydała brakujące do okrągłej sumy 74 zł, może na znaczki pocztowe, i nie zamierzam tego dociekać.

Jak wynika z informacji PAP, po ogłoszeniu wyników konkursu niewielka część zachodniej Polonii poczuła się niedofinansowana i protestuje śląc listy do MSZ. Co więcej, protestujący wyrażają „zdumienie i rozczarowanie decyzją Ministerstwa Spraw Zagranicznych o nieprzyznaniu w bieżącym roku grantu na wspieranie” ich działalności. Być może czegoś gdzieś nie doczytałem, ale o ile wiem, ministerstwo nie podejmowało żadnej decyzji o nieprzyznaniu grantu. Wprost przeciwnie. Decyzja MSZ w omawianej sprawie brzmi: „na podstawie przyjętej listy rankingowej przyznano dofinansowanie 97 wnioskom projektowym [...]”. Stworzono też rezerwową listę projektów, którą rozumiem jako ewentualne dofinansowanie uwarunkowane posiadaniem przez MSZ gotówki do podziału.

Nieotrzymanie grantu nie wydaje się więc rezultatem decyzji o nieprzyznaniu, jak twierdzą protestujący, tylko wynikiem niesprostania formalnym wymogom konkursu albo ograniczonej pojemności sakiewki MSZ. Poza tym, jakoś trudno uwierzyć, by któryś z wnioskodawców nie był świadom przyczyn odmowy dofinansowania swojego projektu. Zdaje się, że to „zdumienie i rozczarowanie” to teatralny gest raczej, niż rezultat zaskoczenia brakiem przelewu z kieszeni polskiego podatnika.

Konkurs na realizację zadania publicznego „Współpraca z Polonią i Polakami za granicą w 2013 r.” (czyt: rywalizację o pieniądze) wygrał Wschód. Warunki konkursu były klarowne. Lista wniosków projektowych, które nie spełniły wymagań formalnych w konkursie obejmuje aż 95(!) pozycji. MSZ dysponuje również długą listą rezerwową wniosków projektowych, które mogą być uruchomione w ramach postępowania dotacyjnego. Wszystko wskazuje więc na to, że pieniądze zostały rozdysponowane sprawiedliwie. Mówienie więc o „decyzji Ministerstwa Spraw Zagranicznych o nieprzyznaniu grantu na wspieranie działalności” tak, jak gdyby ktoś świadomie zdecydował o odebraniu komuś pieniędzy, które mu się z jakiegoś powodu należały, jest zwykłym nadużyciem.

A Polonia Wschodu milczy (chyba usatysfakcjonowana?). Pan Lipiński teraz twierdzi, że „od początku był przekonany, że ta decyzja może spowodować cofnięcie lub ograniczenie finansowania różnych polonijnych projektów” i obiecuje zwołanie posiedzenia komisji jak tylko list zawiedzionych przedstawicieli kilkunastu polonijnych mediów Zachodniej Polonii do niego dotrze.

Z tego wszystkiego wynikałoby, że jakaś część polonijnych pism, czy internetowych witryn, istnieje tylko dzięki dotacjom z Polski. Czy tak jest w istocie? Tego niestety nie wiem, ale jeżeli tak rzeczywiście jest, to może czas się obudzić i rozejrzeć dookoła. Żyjemy w świecie, gdzie, od nadziei na finansowe wsparcie, wyżej ceniona jest przedsiębiorczość. Szczególnie w mediach działających na Zachodzie.

A abstrahując od nowej procedury dotowania projektów polonijnych, gdy niewielki budżet trzeba rozdzielić między Polonię Wschodu i Zachodu, to proporcje podziału zdają się być oczywiste.

Jest jeszcze jeden aspekt tej sprawy - z dostępnych w mediach informacji można wnioskować, iż jednym z głównych problemów w finansowaniu działalności Polonii z budżetu państwa mogą być, prócz ograniczonego budżetu, ułomności w systemie przekazywania środków finansowych z MSZ do beneficjenta. Mnie osobiście trudno by było wyliczyć jaki procent budżetu przeznaczonego na projekty polonijne konsumują, pośredniczące w procesie przekazywania pieniędzy, polskie organizacje pozarządowe. Zawarte w informacjach papowskich sygnały o nieprawidłowościach w systemie rozdziału środków (np. wypowiedź: „Spotkaliśmy się z żądaniem kierownictwa jednej z fundacji, aby jej prezes otrzymywał 22 tys. zł miesięcznie. Oczywiście na marnotrawstwo środków dla Polonii, a nie dla organizacji pośredniczących, nie mogliśmy się zgodzić. Stąd ostatnie umowy podpisaliśmy dopiero w lipcu”) sugerują, że system jest daleki od doskonałości. Może więc lepiej byłoby skierować polonijną energię na uproszczenie drogi, którą wędrują pieniądze z budżetu państwa do beneficjenta raczej, niż na protesty przeciwko decyzjom, których nie było. Korzyść dla Polonii będzie oczywista.

A swoją drogą, jestem bardzo ciekawy co wyniknie z zapowiadanego przez szefa senackiej Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą Andrzeja Persona (PO) zaproszenia MSZ do ustosunkowania się do zarzutów Polonii w zakresie działania nowego systemu. Mam nadzieję, że PAP zamieści informację i na ten temat.

Komentarze (1) | Dodaj

Kilka uwag...

2 lutego 2013 r.

Bolesław Łucki


Kilka uwag odnośnie polskich placówek dyplomatycznych

W odniesieniu do decyzji polskiego rządu w sprawie zmian w polskich służbach konsularnych na terenie Kanady i reakcji części Polonii kanadyjskiej na tę decyzję, chciałbym podzielić się z państwem kilkoma refleksjami na ten temat.

Najpierw ogólnie. Otóż, nie ulega chyba najmniejszej wątpliwości, że Ambasada RP winna znajdować się w stolicy kraju przyjmującego, w naszym przypadku w Ottawie. Tu chyba nie znajdzie się nikt, kto chciałby kwestionować decyzję o lokalizacji. Ambasador reprezentuje polski rząd i ma za zadanie utrzymywać stosunki dyplomatyczne z rządem kraju, w którym urzęduje, a ponieważ rząd ma siedzibę w stolicy, więc i ambasada winna się tu też mieścić.

Z pozostałymi placówkami dyplomatyczno-konsularnymi sprawa już nie jest taka oczywista. Lokalizacje takich przedstawicielstw zależą w dużej mierze od funkcji, jakie mają pełnić.

Według danych statystycznych, największe skupisko Polonii w Kanadzie znajduje się w prowincji Ontario. Ulokowanie więc w Toronto polskich służb konsularnych obsługujących tamten rejon ma chyba niekwestionowany sens.

W Quebec Polonia jest mniej liczna, acz uwzględniając odrębność językową i separatystyczne zapędy tej prowincji, umieszczenie polskiego konsulatu w tamym rejonie też byłoby chyba niezręcznie kwestionować. Polonia zamieszkująca prowincje atlantyckie nie jest zbyt liczna i dlatego musi załatwiać swoje sprawy w konsulatach w Toronto i Montrealu, co też ma sens.

Ontario i Quebec skupiają w przybliżeniu połowę polskiej diaspory w Kanadzie. Druga połowa (może nieco więcej niż połowa) rozrzucona jest mniej więcej równomiernie po całej zachodniej Kanadzie (Manitoba, Saskatchewan, Alberta i Brytyjska Kolumbia).

Dziś w tym regionie jest tylko jeden konsulat. Z jakiegoś, niewątpliwie ważnego, powodu umieszczono go w Vancouverze, najbardziej na zachód wysuniętym punkcie obszaru, który ma obsługiwać. Stworzono więc sytuację, w której najbardziej oddaleni od konsulatu petenci z prowincji Manitoba (których są setki) muszą przejechać całe prerie i górskie pasmo, prawie 2,5 tys. kilometrów (mniej więcej tyle samo, co do konsulatu w Toronto) by dotrzeć do konsulatu w Vancouver. Przypuszczam, że ta okoliczność grała jakąś rolę przy podejmowaniu decyzji o zmianie geograficznego położenia budynku konsulatu. Uwzględniając funkcję administracyjnej obsługi Polaków, mieszkających w zachodniej Kanadzie, lokalizacja konsulatu w Edmonton, w centrum obsługiwanego rejonu, ma nieporównanie większy sens.

Z całym szacunkiem dla autorów i sygnatariuszy petycji i listów protestacyjnych, roztaczających szeroki wachlarz zalet Brytyjskiej Kolumbii, mających przemawiać za pozostawieniem konsulatu w Vancouver, chciałbym zauważyć, że prowincje położone na wschód od Gór Skalistych, mają również bardzo dużo do zaoferowania. Nie byłoby w porządku licytować się akurat na tym polu więc zamilknę.

Nie sądzę też, by istnienie funkcji konsula honorowego miało istotne znaczenie dla spraw związanych z pracą konsulów zawodowych. Obowiązki jakie przyjmuje na siebie konsul honorowy nie obejmują bowiem obsługi konsularnej polskiego petenta.

Oczywiście nie mam nic przeciwko vancouverskiemu konsulatowi. Niech sobie tam będzie, ale uprzejmie proszę polski rząd o otwarcie drugiego konsulatu w Winnipegu. Jeżeli jednak warunki pozwalają na utrzymywanie tylko jednej placówki konsularnej w zachodniej Kanadzie, to w miarę centralnie położone Edmonton wydaje się rozsądniejszą lokalizacją, niż Vancouver.

Komentarze | Dodaj